poniedziałek, 5 maja 2014

Moje Zwycięzkie Opowiadanie



Pozory
Prolog
Pora była już późna. Ostatnie promienie słońca najdłuższego dnia roku już zniknęły za horyzontem. „Zabawa do białego rana” zapewniał sołtys Gaston. Lekko otyły, niski Tarianin w średnim wieku. Gdyby był konkurs na najdłuższego wąsa, najmniej śmieszny żart i najbardziej paskudny ryj, to Gaston byłby murowanym zwycięzcą. Karczmarz Autierre, u którego zaopatrywali się w strawę i trunki biesiadnicy, był zawiedziony. Z roku na rok zabawa trwa coraz krócej. Z roku na rok biesiadnicy kupują coraz mniej. Z roku na rok dochody spadają. Stary Tarianin usiadł na swym starym, skrzypiącym, bujanym fotelu. Fotel ten ongi jego pradziad, cieśla i szkutnik wykonał, gdy jeszcze rodzina Hiraxów dostatkiem, winem i miodem opływała. Jednak to były bardzo dawne dzieje. Autierre rozejrzał się po wiekowej izbie karczemnej, którą również zbudował jego pradziad. Na prawie dwustuletnich krokwiach nie widać praktycznie żadnych oznak starości. Płaskorzeźby, reliefy, sentencje i starożytne runy nie straciły swoich wartości estetycznych. Jednakże nikt poza Autierrem ich nie doceniał. Nikt ich nie widział. Bo jaki cham pracujący od świtu do zmierzchu na polu albo na jeziorze doceniłby pracę arcymistrza rzeźbiarstwa drewnianego? Prawdopodobnie żaden. Stoły, na których jedli i pili też były starsze od nich. I prawdopodobnie warte więcej niż ich domy, które z resztą złamanego dukata nie byłyby warte. Jednakże większość stołów była dostosowana do karczemnych klimatów. Twarde, georowe drewno, z którego również karczma, stołki, kontuar jak i bujany fotel były zbudowane, opierało się większości ataków ze strony finek, które ustawicznie  chłopi próbowali wbić w blat. Płaskie, bez widocznego łączenia desek ani widocznych drzazg blaty, idealnie pasowałyby do drogiej, elitarnej restauracji. Ze względów snobistycznych. Bo wyglądem nie urzekają. Gdyby jaki specjalista od mebli przybył i wycenił te stoły, na samo oko prawdopodobnie byłyby uznane za świeżo oheblowane, biedne świerkowe stoły.
Siedział więc zmęczony Autierre na swym bujanym fotelu, w zadumie rozmyślając o przyszłości, przeszłości. O teraźniejszości najmniej. Teraźniejszość była szara i smutna. Dzieci jego powyjeżdżały. Wnuków nie widuje. Żona nie żyje od zeszłej zimy. Tylko stara karczma, stare piwo i stary Autierre. Nieśpieszno mu było jeszcze umierać. Najbardziej skupiał się na przyszłości. Niektórzy go wyśmiewali, że tym wieku powinno się myśleć już tylko o testamencie i miejscu pochówku. Karczmarz ani chwili nie zaprzątał sobie tym myśli. Jego myśli biegły dalej. Na nieznane jemu tory. Coś miało się wydarzyć. Coś co miało zmienić jego życie. Na zawsze. Siedząc w zadumie, wychwytywał swym dobrym jak na swój wiek słuchem, ruchy szczurów i myszy. „Ach ta gangrena… Znowu będę musiał wynająć kogoś, kto się zajmie tymi przeklętymi szczurami” - burknął pod nosem, wstając ciężko. Podszedł do wiekowego kontuaru, by wyciągnąć spod niego miotłę. Nie było jej tam. Demencja starcza dała się we znaki. Stary karczmarz zapomniał, że jego pracownik wziął miotłę by posprzątać zaplecze. Ruszył więc na zaplecze dziad stary, by miotłę swą odzyskać i jako oręż przeciwko szczurom wykorzystać.
Gdy tak pędził z niespotykaną prędkością, drzwi zabuczały poruszone pukaniem z drugiej strony. „Otwarte?” odezwał się głos zza drzwi. Autierre od razu poznał, że to ktoś z zewnątrz. Nie znał tego głosu, a i akcent był nietutejszy. „A któż to tak późną godziną chce gościć w „Tempora Tempora”?” zapytał Autierre. „Strudzony wędrowiec” odpowiedział głos „Mam za sobą szmat drogi, ugość proszę mości gospodarzu.” Autierre czym prędzej popędził w stronę starych georowych drzwi zdobionych reliefami przedstawiającymi motywy roślinne i cztery pory roku. Koło życia. Wędrowiec okazał się zaiste być z zagranicy. Bardzo odległej zagranicy.
- Yngvild Olaf „Egetræ Tand” Gutgrang Gunnarson fra Kerberg do usług. Czy trafiłem do wsi Rybaki? - zapytał niski zakapturzony wędrowiec.
- Autierre Hirax. Tak, trafił pan do wsi Rybaki. W czym mogę pomóc?
- Słyszałem, że niejaki Tristan Hartvald ma na sprzedaż dworek.
- Nie omawiajmy interesów w wejściu. Proszę do środka.
- Proszę poczekać, wezmę jeszcze parę rzeczy z wozu.
Karczmarz nie mógł się nadziwić. Całe życie jak mieszka w Rybakach, a żyje tutaj od osiemdziesięciu czterech lat, nie było żadnego wędrowca spoza Księstwa Maer. Tym bardziej z tak dziwnym akcentem i manierą. Jeszcze to długie imię. Wędrowiec podszedł do czterokołowego wozu zaprzężonego w… wielkie psy. Dziwny zaiste ten wędrowiec. Czterokołowy wóz był dość sporych rozmiarów. Prawdopodobnie wędrowiec trzymał w nim swój cały dobytek. Aż dziwne, że nikt go nie napadł, nie zabił, nie ograbił i nie zostawił sztywnego w kim rowie melioracyjnym. Niemało się w końcu słyszy o napadach na gościńcu. Bandyci ostatnio się rozbestwili, a książęca armia nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. Jeszcze te spory graniczne z Księstwem Umaru na północy i zagrożenie ze strony piratów z morza Merredar. Nie zapominajmy o ostatnich imperialnych zapędach Geocji.
- Wina! – krzyknął wędrowiec – Wina! – powtórzył – Wina, wina dajcie! I jakiejś strawy. Grosza nie oszczędzę. – wchodząc do izby, wędrowiec zdjął kaptur i okazał swą kocią twarz. Był Ramazańczykiem. Wyglądał dokładnie tak, jak Autierre wyobrażał sobie Ramazańczyka. Tylko ten długi zawinięty wąs, szpiczasta dość długa broda, bokobrody i długie włosy, ale z wygolonymi bokami, tak że było widać gołą skórę, troszkę nie pasowały. No kot jak w mordę strzelił.
- Jasper! Butelkę wina z Arumai i lina z ryżem. Ale migiem! W czym mogę jeszcze pomóc?
- Chciałem się dowiedzieć, czy informacja jakoby pan Tristan Hartvald sprzedawał swój dwór była prawdziwa.
- Nie udzielam poufnych informacji wędrowcze.
- Hm… - zamyślił się wędrowiec, po czym wyciągnął pękatą sakiewkę – pięćset dukatów wystarczy?
- Aż nazbyt dobrodzieju, aż nazbyt… - wycedził karczmarz chowając sakwę za ladę – To prawda, Tristan Hartvald sprzedaje swą posiadłość za dwa tysiące dukatów. Do tego do sprzedania ma 10 mórg  ziemi. O morgach dowiesz się od niego osobiście. W czymś jeszcze mogę służyć?
- Ile stąd do najbliższego miasta?
- Karavel. Czterdzieści mil na północny zachód. Maer. Około sto mil na południe. Jest jeszcze mała opuszczona mieścina nad jeziorem. Żadna mapa jej nie uwzględnia. Znajduje się około dwadzieścia mil na północ. Nazywa się Keitrawy.
- Gdzie jest najbliższy bank?
- W Karavel.
W tym momencie przybył Jasper ze strawą i winem. Wędrowiec spytał się czy mają jakąś przystawkę, albo zupę. Jasper powiedział, że została jeszcze pomidorowa. Wędrowiec podziwiał reliefy na ścianach i krokwiach. Rozmawiał z Autierre, jakby był od niego starszy albo co najmniej rówieśnikiem. Ale zachowywał się i wyglądał na maksymalnie trzydzieści lat. Jego wiedza na temat run i płaskorzeźb była zaskakująca. Wyglądał bardziej na rębajłę niźli na uczonego mędrca. Jego wiedza geograficzna i historyczna też okazała się niczego sobie. Autierre i Yngvild rozmawiali ze sobą jak starzy kumple do białego rana. Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że to była pierwsza z wielu takich nocy.
I
Yngvild szybko się zaaklimatyzował i skumał z kilkoma mieszkańcami okolicy. Ci przyjęli go dość ciepło, choć z dystansem. Jednakże była znacznie większa grupa, której obecność Ramazańczyka w księstwie Maer się co najmniej nie podobała. Z tymi jednak Yn nie miał zbyt wielu kontaktów. Zazwyczaj siedział w swoim dworku, lub w karczmie „Tempora Tempora”, jedynej karczmie w promieniu 40 mil. Najbliższa znajdowała się dopiero w Karavel. Kotokształtny stał się również ulubieńcem dzieciaków. Uwielbiały one jego opowieści, które opowiadał przy studni w centrum wsi. Zazwyczaj prawiły one o ramazańskim bohaterze, Hanwulfie. Lubiło go też wiele niewiast, albowiem swoim taktem, manierą i szarmancką bardzo odbiegał od mieszkających we wsi i w okolicach chamów.
Po pięciu latach prawie od przyjazdu do Rybak, Yngvild postanowił dołożyć się do corocznego święta Helevall, wypadającego w dzień przesilenia letniego. W Księstwie Maer był to nadzwyczajny dzień, albowiem tego dnia, wedle ich mitologii urodził się Roland, najwyższy bóg ich panteonu, bóg światła, nieba i wszystkiego co dobre. Brat Rolanda, Ganelon, główny antagonista i odwieczny przeciwnik Rolanda, urodził się dokładnie pół roku wcześniej lub, jak niektórzy twierdzą, pół roku później. W święto Allevall wypadające w dzień przesilenia zimowego. Allevall, poza dniem narodzenia Ganelona jest również świętem umarłych. Ci, którzy nie dostali się do Uświęconego Królestwa Rolanda, wychodzą z grobów, by żywić się krwią żywych.
Ale to tylko bajania. Jeszcze ani razu, jak daleko sięga pamięcią Autierre, a jest on najstarszą osobą w Rybakach, żaden zmarły z cmentarza nie powstał, by wysysać krew. Nawet po trzykroć przeklęty Gaspard, którego zwłoki po ścięciu bezbożnie zostały rzucone do padołu, gdy karczmarz był jeszcze podrostkiem. Podobno Gaspard Rozpruwacz, bo taki przydomek dostał, zamordował bestialsko dwanaście osób. Ich ciała były tak zmasakrowane, że ciężko było je rozpoznać. Wnętrzności walały się po ziemi. W dodatku w niepełnym komplecie, albowiem Gaspard był smakoszem wątrób.
  •  
Do Helevall zostało już tylko dwadzieścia jeden dni. Nowo wybrany sołtys po zmarłym w zeszłą jesień Gastonie Sol, Bastien  Vigier, czterdziestosiedmioletni Tarianin zajmujący się na co dzień rybactwem (jako jedyny, co jest dość dziwne zważając na fakt, iż wieś nazywa się Rybaki), posiadający sporą jak na wiejskie warunki wsi łódź i jedyny w Rybakach pomost, znowu zapewniał, że zabawa będzie trwała do bladego świtu, a może jeszcze dłużej. Jednakże ten sołtys nie zamierzał przestać na obietnicach. Zachęcał do pomocy wszystkich mieszkańców wsi. Wysyłał nawet gońców do okolicznych wsi, by też pomogli i wzięli udział w festynie. Większość sołtysów okolicznych wsi odesłała gońców z pozytywną wiadomością. To miał być największy festyn w historii Rybaków. Nowy sołtys musiał w końcu wyrobić sobie dobre imię na wsi. W sumie miał już dobre, ale chciał jeszcze lepsze. Chciał zwrócić na siebie uwagę księcia Armauda Maer. Od razu, gdy został wybrany, zaopatrzył się w niebieskie szaty, albowiem niebieski kolorem Księstwa Maer jest, przystrzygł sobie włosy tak, aby z tyłu były nieco dłuższe (taka moda nastała na zachodzie), zapuścił wąsa i brodę (też nowa moda). Uzębienie nowego sołtysa było całkiem przyzwoite. Twarz całkiem wyjściowa. No może poza faktem iż lewa brew jest nieco wyżej od drugiej. Poza tym twarz miał typowo tariańską. Podłużna i wąska z ostrymi rysami. Oczy, prawie całkowicie białe z małymi, malutkimi czarnymi źrenicami, przechylone do środka. Uszy długie i szpiczaste. Nos podłużny, wąski i haczykowaty. Szczęka również wąska i długa. Podbródek agresywny. Jak to powiedział pewien uczony: „Nie ważne czy Tarianin się uśmiecha z sympatii, czy wręcz przeciwnie. Zawsze wygląda jakby chciał cię zabić”. Ogólna aparycja również nie przedstawiała się najgorzej. Wzrost godny porządnego Tarianina sześć stóp i sześć cali. Postura całkiem atletyczna. Godnie jednym słowem.
Cała maskarada związana ze zmianą wyglądu, organizacją miała tylko i wyłącznie na celu zwrócenie uwagi administracji kraju na upadające wioski i sioła. Książe i jego ministrowie są tak bardzo zajęci stolicą, że w ogóle nie zwracają uwagi na resztę mieszkańców księstwa. Przez ostatnie lata nawet poborcy podatkowi przestali odwiedzać okoliczne wioski. Bastien był bardzo cwany. Bardzo cwany. I bardzo inteligentny. Miał swój plan. Osobisty plan. O którym nikt nie wiedział.
  •  
Ciemne chmury gromadziły się nad zamczyskiem Stenknytnæveburg . Położony w górach Sten Bjergene kompleks obronny był idealnym bastionem dla osób, które uciekały przed prawem. Jedyna droga prowadziła przez las Fortryllet, który według legend był domem przedziwnych stworów, których żaden porządny obywatel Ramazanu nie chciał oglądać. Góry Sten Bjergene, położone na północ od rzeki przez Ramazańczyków nazywanej Skaaggertkirkegrimmeflood, stanowiły północną granicę dawnego królestwa Ramazanu. Sytuacja delikatnie się zmieniła po tym, jak Imperium zajęło całą północną część kraju od Skaaggertkirkegrimmeflood, aż do gór Sten Bjergene. Nie wiedzieli jednak, że Stenknytnæveburg ma się całkiem dobrze. Spora budowla usytuowana przesmyku między szczytami Grot i Kieł, jednymi z najwyższych szczytów w tej części świata, zbudowana była całkowicie z czarnego granitu. Cztery baszty mierzące po dwadzieścia jardów północna i południowa, piętnaście jardów wschodnia i zachodnia pozwalały na obserwowanie całego przesmyku. Spora część zamku była wydrążona w zboczach góry Kieł, więc była to bardzo dobrze strzeżona twierdza. Sto lat temu wybudował ją tutaj Hanwulf, przywódca najemników. Po tym jak zniknął w nieokreślonych okolicznościach panem na zamku stał się Soren  Kierkegaard, dawny przyjaciel Hanwulfa. Na pewno dobrze go pamiętał.
  •  
- Gunnar! – odezwał się szpakowaty, niezwykle wściekły głos z ciemności. – Gunnar na gnaty mego ojca gdzie ty jesteś?! – powtórzył równie wściekle co nienawistnie. – Gunnar! – w tym odzewie było już słychać ewidentną frustrację przepełnioną bólem i cierpieniem.
- Już biegnę mistrzu Sorenie! – odezwał się w końcu głos osobnika o imieniu Gunnar. Nieco tępo brzmiący, praktycznie pozbawiony akcentu i taktu. – Już biegnę… - dodał w lekkiej zadyszce, rosły Ramazańczyk. Co najmniej sześć stóp wzrostu. Co najmniej czternaście kamieni wagi. Istna kupa mięśni. W dodatku niezwykle tępy wyraz twarzy prawie całkowicie porośniętej rudą brodą, zdradza tożsamość Gunnara jako typowego walimordy. – W czym mogę służyć lordzie Sorenie?
- Wszystko przygotowane? – postać Sorena Kierkegaarda zaczęła się wyłaniać z ciemności. Groteskowo wręcz zdeformowane ciało tego małego Ramazańczyka wysunęło się wręcz. Brak lewej nogi i prawej ręki nie ułatwiał mu poruszania się, a przedziwne ustrojstwo na szyi nie poprawiało aparycji. – Już niedługo Hanwulf odpowie za swoje zniewagi. Ha, ha, ha! – zaśmiał się szatańsko Soren, jasny piorun przeszył niebo. – wystarczająco groźnie, Gunnarze? – po wielu krokach, wśród których co drugi zakończony był stuknięciem, pełnia postaci Sorena się ujawniła. Elegancko ubrany Ramazańczyk miał straszną szramę przechodzącą przez lewe oko, nos i prawy policzek, odcięte prawe ucho i wielką bliznę przechodzącą przez całą szyję. Usta praktycznie się nie poruszały, nawet w celu spożycia posiłku. Rana, którą zadał mu Hanwulf, powinna być śmiertelna, ale ten, który ją zadał, postarał się by, ofiara przeżyła. Jedynie paskudnie wyglądająca machina na szyi utrzymuje go przy życiu. Dwa wielkie tryby położone po obu stronach szyi non stop poruszają tłokiem, który wpompowuje powietrze do płuc, a dwie metalowe szczęki przeżuwają wszystko, co się do nich dostanie.
- Tak jest mistrzu Sorenie! – wręcz machinalnie i beznamiętnie swym nad zwyczaj tępym głosem, warknął rosły kotokształtny. – Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić?
- Wymień jeszcze raz co miałeś zrobić.
- Osiodłać dwa wilki. Przygotować broń. Przygotować eskortę. Przygotować dokumenty. Opłacić zabójców. Ustawić straż i namiestnika na Stenknytnæveburg.
- O czym zapomniałeś?
- A tak, butle wina Nagaar są już zapakowane.
- Wyśmienicie! – krzyknął sam do siebie Soren Kierkegaard – Hanwulfie! Szykuj się na śmierć!
  •  
Helevall zbliżało się nieubłaganie. Pozostało już tylko pięć dni. Autierre czekał na ostatnie dostawy wina i owoców z Karavel. Miało to być największe święto w historii Rybaków. Łączy się ono między innymi z trzechsetną rocznicą powstania z popiołów Księstwa Maer. Wszyscy, od starego karczmarza Autierra, przez jego parobka Jaspera, aż po sołtysa Bastiena, zastanawiali się co na tę uroczystość przygotuje Książę. Nie zapowiadało się na nic. Od północnych rubieży, po wybrzeże wszyscy się przygotowywali do wielkiego święta. Poza Księciem.
Yngvild mało się tym przejmował. Miał swoje plany, zadania, przekonania, a przede wszystkim ojczyznę i święta. Ale to mu nie przeszkadzało w radowaniu się i piciu sporych ilości wina. Po kilku głębszych do grupki mocno pijanych Tarian, którzy ewidentnie nie lubili obcokrajowca, obrzuciła go niewybrednymi wyzwiskami. Gospodarz chciał uniknąć dewastacji swojego lokalu, więc postanowił wypędzić agresorów na zewnątrz. Ci jednak za nic mięli uwagi karczmarza i kontynuowali. Zbliżali się coraz bliżej Ramazańczyka, który niewzruszony jak zwykle o tej porze, spożywał lin z ryżem i popijał obiad winem Arumai, półsłodkim. Pijani Tarianie kontynuowali natarcie. Yngvild kontynuował posiłek. Pusta drewniana misa po zupie pomidorowej nosiła resztki ryżu i zgniecionych pomidorów. Twarze Tarian nosiły niezwykle widoczne ślady nienawiści i wściekłości. Twarz Ramazańczyka nosiła ślady spokoju, pomidorówki i wina. Tych dwóch ostatnich w kącikach ust. Spokój kotokształtnego napędzał nienawiść Tarian. Fale wyzwisk i obelg wydobywające się z ust napastników, nie ustępowały, ba, z każdym krokiem wzmagały się. Wszyscy byli zdumieni stoickim spokojem Ramazańczyka. Ani razu nie drgnął. Cały czas robi to co robił. Je ryż. Popija wino. Od fizycznej konfrontacji dzieliły ich już tylko sekundy. Średni, z krótkimi ciemnymi włosami i długą jasną brodą chwycił za kufel stojący obok niego i cisnął go wraz z zawartością w stronę Yngvilda. Kufel łupnął w jego głowę. Za kuflem poleciało krzesło i wściekłe pięści. Yngvild stracił przytomność.
II
Dzień przesilenia letniego. Najdłuższy dzień w roku. Helevall. Yngvild po zajściu w „Tempora Tempora” nie wychodził ze swojego domu. Po tym jak obudził się na zapleczu „Tempora Tempora”. Po tym jak został obity jak zborze podczas młócenia, jak schab przed usmażeniem, jak… jak ryj boksera, który miał przywiązane ręce i nogi do krzesła. Nie wiedział, czy jest sens pojawiać się na festynie. Większość mieszkańców okolic była mu nieprzychylna. Tylko garstce tam obecnych obecność obcokrajowca byłaby w smak. Jeśli miałby się pojawić, to właśnie z nimi przebywałby większość czasu. Jednakże tym razem na pewno przygotowałby broń. Nie miał zamiaru znowu być traktowany jak worek kartofli. Był tylko ciekaw czy jego dłoń dalej jest pewna. Czy jego ręce dalej są zdolne utrzymać miecz. Postanowił więc pójść po swoje dawne narzędzie pracy do piwnicy. Ze skromnie wystrojonej małej sypialni, której większość powierzchni zajmowało dwuosobowe łoże z parawanem. Resztę wystroju stanowiły dwie szafki nocne po obu stronach łoża, nieodzowna butla wina na tej ustanowionej po prawo, duża szafa na ubrania, zwierciadło usytuowana po lewej stronie łoża i dwuskrzydłowe okno po prawej. Ściany były białe. Przy suficie pokrywał je dziesięciocentymetrowy pasek fresków przedstawiających motywy roślinne, jakże banalne. Drzwi wyjściowe prowadzące dalej do salonu, były naprzeciwko łoża. Dalej w salonie, połączonym jednocześnie z jadalnią znajdował się sześcioosobowy dębowy, stół który dekorował srebrny, trzyramienny świecznik. Przy stole stało sześć dębowych, obitych wołową skórą krzeseł. Cały stół stał po lewej stronie z perspektywy wychodzącego z sypialni, na haftowanym dywanie, który Yngvild kupił w Karavel za dwieście dukatów. Dalej za stołem znajdowało się palenisko i obita skórą sofa. Nad paleniskiem był rożen, który od wielu lat nie był używany. Kuchni nie było na górnym poziomie. Kuchnia była w piwnicy, gdzie znajdował się piec do pieczenia chleba. Sprytne rozwiązanie. Podczas gdy piecze się chleb, sieć kanałów ogrzewa cały dworek. Po prawej stronie w tej samej perspektywie wisiały gobeliny przedstawiające herb rodu Hartvald, których Yngvild nie zdjął i drzwi między nimi. Drzwi do piwnicy. Tam właśnie udał się Ramazańczyk. Drewniane schody o dwunastu stopniach prowadziły do stosunkowo niskiej, wyłożonej szarym, nieokreślonym bliżej kamieniem piwnicy. Wewnątrz był piec położony prawie że dokładnie za schodami i ciężkie, metalowe drzwi prowadzące do skarbca. Drzwi do skarbca miały aż cztery dziurki na klucze. Jednakże to był tylko odstraszasz, albowiem, wszystkie cztery zamki opierały się jednemu kluczowi. Za drzwiami były skrzynie wypełnione pieniędzmi i wieszak na cztery miecze, które pokryły już się warstwą kurzu. Najdłuższy, strasznie dziwnie pokrzywiony miecz z rozszerzonym piórem, był pierwszy w kolei. Następny, nieco krótszy, był prosty, kolejny o podobnej długości był już zakrzywiony. Ostatni , najkrótszy, znajdował się na samym końcu wieszaka. Do niego właśnie podszedł Yngvild. Z namaszczeniem zdjął go z wieszaka i przetarł szmatką którą uprzednio podniósł ze skrzyni obok. Klinga, mimo iż był prawie całkowity mrok (Ramazańczykowi to nie przeszkadzało, albowiem kocie oczy doskonale widziały w ciemności) błyszczała, jak gdyby świeciła własnym blaskiem. Kotokształtny otarł również drugą stronę długiego na prawie dwie stopy ostrza. Delikatnie przejechał palcem po krawędzi. Skaleczył się. Dalej było ostre jak diabli. Wstał. Wymierzył i ciął płasko. Manekin stojący po prawo od wieszaka poddał się szybko. Głowa manekina potoczyła się po podłodze. Chciał wykonać kolejnie cięcie gdy usłyszał wołanie Jaspera. Schował miecz do pochwy i wyszedł na górę. Jasper wręcz błagał, by Yngvild przyszedł na festyn. Ostatecznie się zgodził, ale powiedział, że przyjdzie dopiero wieczorem, gdy wszyscy będą na tyle pijani, by móc spokojnie odpierać ich ataki agresji. Jasper poszedł do wsi, a Yngvild postanowił, że napije się wina i potrenuje jeszcze machanie mieczem.
  •  
W tym samym czasie przy studni w Rybakach było już głośno i gwarno. Bastien Vigier spacerował dostojnie po wsi i doglądał festynu przeczesując przy tym dość imponującą już brodę. Fakty przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Liczebność wsi Rybaki tego dnia zwiększyła się aż dwunastokrotnie. Aż sześćset osób przybyło na festyn. Przybył podobno nawet poważany kupiec z Karavel. Ba… Przybył nawet dyplomata z księstwa Umaru. Tarianie przybyli tłumnie, przybyli całymi rodzinami by oglądać sukces Bastiena Vigiera. Gruby kupiec odziany w błękit i znany jako Gilbert De Boenuraux podszedł do sołtysa i spytał się czy to on zorganizował to wszystko. Ten oczywiście potwierdził. Następny podszedł ubrany w purpurę szczupły i wysoki dyplomata z eleganckim zarostem wygolonym w podkowę. Przedstawił się jako Carlos Juan Quintanilla. Powiedział, że wieść o festynie doszła nawet do Umaru i że Miguel Mauricio drugi Avila, władca księstwa Umaru chciał osobiście wziąć w nim udział, by polepszyć stosunki między krajami, ale niestety był w tamtym momencie obłożnie chory. Wysłał więc swego namiestnika. Gdy Carlos się spytał, czy Książę Armaud Maer jest. Sołtys musiał z przykrością wyjawić mu, że Książę nie wysłał nawet delegacji. Gilbert De Boenuraux dodał, że w Karavel też nie zjawił się nikt ze stolicy. Księstwo swoim życiem, stolica swoim życiem. Nie było to mądre zagranie. Kupiec właśnie wyjawił, że księstwo Maer jest praktycznie bezbronne.
  •  
Zaczęło już się ściemniać. Yngvild postanowił, że w końcu ruszy w stronę festynu. Postanowił również wystroić się w paradne ramazańskie odzienie. Wiele przeszłości ono niesie. Dziesiątki lat minęły od kiedy ostatnio je nosił. Założył swój ulubiony trzycalowy pas i przytroczył do niego swój krótki miecz. Wyszedł z dworku przez ciężkie dębowe drzwi. Wyszedł na taras, którego plan przypominał nieco kwadrat o wymiarach dwa jardy na dwa jardy. Nad tarasem był trójkątny daszek pokryty drewnianymi dachówkami. Daszek ten idealnie wkomponowywał się w resztę również trójkątnego dachu, również pokrytego drewnianymi dachówkami. Po środku znajdował się komin z czerwonej cegły. Ściany były pokryte białym wapnem. Prosto. Bez żadnych ekstrawagancji. Sam fakt, że był to ceglany budynek wzbudzał szacunek wśród wiejskich chamów. Drzwi wyjściowe były skierowanie dokładnie na wschód, tak samo jak dwa okna usytuowane na wschodniej ścianie. Przy północnej ścianie z kolei znajdowała się drewniana szopa i stajnia, do której udał się Yngvild. W stajni stały dwa wilki całkiem sporych rozmiarów. Były to sławne ramazańskie wilki wierzchowe. Bardzo uniwersalne. Poza tym że można na nich jeździć i zaprząc jak konie, to jeszcze są groźne jak normalne wilki. Wzbudzały zarówno podziw i postrach. W aparycji zarówno dostojne i eleganckie jak i groźne i drapieżne. Gęste, gładkie, czarne futro i takież same, lecz ciemnoszare u drugiego lśniło w blasku słońca. Wielkie, białe i ostre kły budziły respekt i strach. Jeszcze jeździec. Obligatoryjnie na specjalnej uprzęży nie krępującej ruchów szczęk. Można było założyć specjalny kaganiec, przystosowanie takie do warunków miejskich, który jednym ruchem można zdjąć, by wilk spokojnie mógł zagłębić swe zęby w wrogach Ramazanu.
Yngvild dosiadł czarnego wilka i ruszył w stronę wsi. Tego dnia odległość od jego rezydencji do Rybak wynosiła tylko połowę normalnej drogi. Stragany z jedzeniem wszelakim i napitkiem, stragany z małymi rzeźbami drewnianymi, podia dla mędrków i nibybardów. Gdy Yngvild wjechał między uczestników zabawy, ci zrobili jak gdyby szpaler ocierając jednocześnie oczy ze zdumienia. „Prawdziwy szlachcic” pomyślała część. „Nie kłamał gdy mówił o swoim bogactwie” pomyślała inna część. „Ten zapijaczony kot nie powinien brać udziału w naszym święcie narodowym” pomyślała znaczna większość. Zdania były podzielone, jednakże Bastien Vigier był zachwycony jego przybyciem. Jego goście, czyli Gilberta De Boenuraux i Carlosa Juana Quintanilla. Oboje wypytywali co się stało, że Ramazańczyk wyruszył, by osiedlić się na samym końcu świata. Jak się miało później okazać, nie był to jedyny kot, którego mieli zobaczyć tego dnia.
  •  
Szczęścia Bastiena miało nie być końca. Właśnie się dowiedział, że Książę Armaud Maer postanowił zrobić niespodziankę i osobiście się stawić na festynie wraz z całym swoim dworem. Wielkie wagony wypełnione jadłem i napitkiem zostały rozładowane na książęcych straganach. Bardowie i filozofowie zabawiali ludność, a Książę osobiście pogratulował niezwykle sprawnemu sołtysowi. Począł mu przedstawiać plany, które tak głęboko go pogrążyły, że przez siedem lat nie wychylał się z gabinetu. Książę Armaud Maer postanowił oddać władzę ludowi. Był bezpłodny, nie miał żadnego potomka, był ostatnim z rodu Maer. Chciał oddać kraj w dobre ręce. Szukał cały czas najlepszego kandydata na namiestnika, który miałby rządzić księstwem po jego śmierci. Nie śpieszyło mu się jednak umierać. Postanowił, że podzieli kraj na prefektury. Siedzibą jednej z prefektur miała zostać wieś Rybaki. Prefektem miał zostać Bastien Vigier. Szczęścia jego nie było końca. Książę wraz z obecnym namiestnikiem i sołtysem weszli na piedestał. Władca orzekł ludowi, że oto właśnie ich sołtys, Bastien Vigier, urodzony w szopie rybackiej we wsi Rybaki czterdzieści siedem lat temu, został mianowany na pierwszego prefekta. Tutaj całe jego szczęście tego dnia miało się skończyć.
Epilog
- GUUUUNNAAAAR!!! – nienawistny głos Sorena Kierkegaarda zabrzmiał w niebogłosy.
- Tak jest mistrzu Sorenie!
- Już jesteśmy. Wyślij zabójców!
Gunnar posłuchał. Wysłał grupę pięciu zabójców do wsi Rybaki. Według informatorów Sorena właśnie tutaj miał się znajdować Hanwulf. Zdziwił go nieco fakt, że mała wieś okazała się wielkim targiem. Książęce sztandary, muzyka znanych trubadurów. Coś tu było nie tak jak powinno być.
Tym czasem zabójcy ruszyli. Dotarli do wsi Rybaki, gdzie zaczęli krwawą hekatombę. Zapłacono im, by zabili wszystkich we wsi. Nie patrzyli, kogo mordują. Nim straż przyboczna księcia się zorientowała, co się dzieje, było już trzydzieści ofiar. Część otoczyła księcia murem tarcz, a reszta ruszyła na napastników. Najmniej uważny z zabójców padł pod ostrzem włóczni już po pięciu minutach od reakcji straży. Najbardziej uważny przemknął między strażą i zbliżał się do księcia. Yngvild, który właśnie raczył się winem, opierając się o bardzo ładną Tariankę nie zdawał sobie sprawy z zaistniałej sytuacji, dopóki dopóty nie usłyszał zgiełku walki. Odruchowy ruch w stronę miecza mu się udał i w ułamku sekundy jego dłonie zmieniły położenie z kieliszka wina i piersi Tarianki, na miecz i pochwę miecza. Wiedział, co się dzieje, więc jak najszybciej popędził po swojego wilka. Bastien Vigier, nie wiedząc co robić, w panicznej ucieczce udał się do „Tempora Tempora”, gdzie spotkał Autierra chowającego się w spiżarni. Autierre go do siebie zaprosił. Po chwili dołączył również Jasper. Zręczny zabójca zabił osobistych ochroniarzy Księcia Armauda Maer, po czym zabił jego samego. Następną jego ofiarą był namiestnik książęcy. Carlos Juan Quintanilla i Gilbert De Boenuraux schowali się pod jednym z podiów. Kolejny z zabójców został zabity. Do walki dołączył generał Louis De Karavel. Z zaskoczenia udało mu się zabić kolejnego zabójcę. Zostało tylko dwóch. Gorączkujący się Soren Kierkegaard rozkazał Gunnarowi ruszyć do walki. Gunnar posłusznie usłuchał, jednakże jego podróż skończyła się bardzo szybko. Ostrze o długości prawie dwóch stóp przebiło jego serce. Nim Soren zdał sobie sprawę z tego co się dzieje stracił drugą nogę za sprawą płaskiego cięcia świecącego własnym blaskiem ostrza. „Znowu muszę cię okaleczyć” powiedział znajomy mu głos. Kolejny z zabójców padł ofiarą strażników. Jednakże bilans wypadał dość kiepsko. Czterech zabójców plus Gunnar, kontra Książę Armaud, namiestnik, trzydziestu strażników i stu jeden cywili. Ostatni żywy został sprytny zabójca. Wiedział, że nie ma szans się wymknąć. Chciał przed śmiercią zabić jak najwięcej. Rzucił się na generała Louisa. Ciął krzyżowo krótkim, acz piekielnie ostrym sztyletem. Przebił się przez gardę dwuręcznego miecza i ranił generała w bark. Drugiego ciosu nie zdołał oddać. Lśniące ostrze tkwiło już w jego sercu. Nim jego ciało opadło na ziemię, ten który go zabił, zniknął w ciemnościach.
Gdy wszystko się uspokoiło przestraszeni zabawowicze wyszli na plac. Wszyscy. Wszyscy poza martwymi. Gdy Bastien Vigier wyszedł z „Tempora Tempora” usłyszał głos Louisa De Karavel: „Książe Armaud nie żyje, ale kraj musi mieć władcę. Na swojego następcę na krótko przed śmiercią wyznaczył Bastiena Vigier. Niech żyje nowy namiestnik!”. Wszyscy żołnierze zaczęli po nim powtarzać. Autierre Hirax, karczmarz, najstarszy we wsi, dostrzegł cień, cień wymykającego się ze wsi Yngvilda Olafa „Egetræ Tand” Gutgrang Gunnarson fra Kerberg. „Co się dzieje? Wyjeżdżasz?” spytał. „Tak. Znaleźli mnie. Żyj zdrów Autierze. I pamiętaj. Nie wszystko jest takie, jakie zdaje się, że jest” powiedział, po czym zniknął w ciemności.
I odszedł.
Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz