środa, 28 listopada 2012

Wolne Opowieści Spoza Światów


Wolne Opowieści
Spoza Światów

Część I

Opis świata i sytuacji.

I

Do karczmy Autierra ostatnio rzadko ktokolwiek przychodzi. Jednak nie martwi to starego Gala, bo ostatnio nie widać ani żywej duszy w okolicy. A okolica… no cóż… też niezbyt piękna. Wrzosowisko na północnym stoku gór. A i jeszcze późna jesień powoduje, że okolica jest niezbyt przyjazna. Nagie jesienne drzewa odstraszają każdego przechodnia. Wszyscy zapomnieli już o tym starym szlaku prowadzącym przez góry. Teraz już nikt nie przemierza tych gór. Okoliczna wioska też ostatnimi czasy się wyludniła. Została tylko karczma starego Autierra i wrzosy które tak gęsto obrastają tę część świata, zwłaszcza ostatnio, ponieważ nie ma już tak wielu rąk do ścinania drzew, które tak gęsto ostatnimi czasy rosną. Mimo wszystko Autierre nie ma najmniejszego zamiaru się stąd ruszać, tu jest jego dom i jego karczma w której od czasu do czasu topią smutki okoliczni wieśniacy i odpoczywają najodważniejsi kupcy którzy w zamian za nocleg informacje dostarczają żywność i wino. Od czasu do czasu przybywa również wędrowny bard który szuka natchnienia na wrzosowisku w górach i w dolinie. Od czasu do czasu zajrzą kapłani nowej wiary, lub inkwizytorzy starej wiary. Od czasu do czasu przejedzie kontyngent zbrojnych zabezpieczający dolinę i trakt. Od czasu do czasu zawita najemny zabójca potworów których robi się coraz więcej. Lub pojawi się badacz szukający odpowiedzi na wszystkie pytania. Pytania dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, stworzenia, istnienia i końca świata, powstania, istoty i skutków magii. Takim badaczem może się wydawać dzisiejszy gość Autierra. Starszy człowiek, prawdopodobnie Germanin, z długą siwą brodą, ubrany w dziwną, szarą togę z kapturem. W ręku ma jakiś  dziwną księgę. Nie otworzył jej jednak ani razu. Zapłacił z góry za dziesięć dni i poszedł do swojego pokoju, nie zamawiając nic, ani nie zwracając na nic uwagi. Po prostu. Autierre długo się zastanawiał co to za gość, ale szybko zapomniał, ponieważ tutejszy pijak Teurn przyszedł na kilka głębszych, za nim przyszli inni w tym samym celu. Autierre już dawno nie miał tak udanego dnia. Tak wielu gości dzisiaj przyszło. Stary gal nie posiadał się ze szczęścia. Na dodatek późnym wieczorem przybył wędrowny bard który śpiewał pieśni o wspaniałej przeszłości i strasznej teraźniejszości. Jednakże przez cały ten czas starszy człowiek w dziwnej szacie nie pojawił się ani razu. Siedział cicho w swoim pokoju i nie odzywał się do nikogo, nawet teraz gdy z okazji tak udanego dnia stary karczmarz urządził wieczerzę dla każdego kto dał mu dziś zarobić. Wszyscy są wniebowzięci, bo kto nie byłby szczęśliwy gdyby dostał jedzenie za darmo w naszych czasach? Zwłaszcza jeśli jest mieszkańcem wrzosowiska na stoku nieopodal doliny rzecznej. Wszyscy się dobrze bawią, a bard zaczął śpiewać wesołe pieśni o piciu i dziewojach. Pozwolił choć na chwilę zapomnieć wszystkim o tym wszystkim co trapi ich na co dzień. Na szczęście Autierre dobrze się zaopatrzył, bo wino leje się strumieniami. Stary Teurn zdaje się nie mieć ograniczeń. Każdy tutaj wie, że wszystko co zarobi w tartaku przepija, ale tak dużo to chyba w życiu nie wypił. Przynajmniej tego nie pamiętam. Tak czy inaczej wszyscy są nad wyraz zadowoleni. Tylko starzec w kapturze nie pojawił się ani razu. Już jest późno księżyc wisi nad niebem jak gdyby chciał udawać słońce. Dziś jest pełnia, nieomal bym zapomniał. To dla tego ci wszyscy ludzie się tu zeszli.
O, wino się skończyło, muszę iść. Pamiętaj, bądź tu za tydzień o tej samej porze.

II

Handel jest coraz mniej dochodowy, zwłaszcza teraz gdy bogaci kupcy i właściciele wielkich zakładów dyktują ceny i standardy. Skromni kupcy, cieśle, kowale… zaczynają jeszcze bardziej biednieć. Gdzie nie spojrzysz to zobaczysz ten pierdolony przebrzydły każdemu herb Żelawskiego. Jak ja nienawidzę tego gościa myśli, że jest panem całego świata. Wszystko przez tę wojnę przez którą bogaci stali się bogatsi a biedni albo ledwo żyją, albo już pozdychali. Nie ma co się denerwować, lepiej pójść sobie na piwo, lub coś mocniejszego do ostatniej wolnej gospody w okolicy. Tak… już tylko jedna się ostała. Wszystkie przejął Żelawski ze swoim cudownym piwem i boską wódką. Ja wolę się napić dobrego starego bimbru i samogonu Tenasza, ostatniego wolnego karczmarza w okolicy. Na szczęście wszyscy w naszym miasteczku się sprzeciwiają reżimowi i złotu Żelawskiego więc nawet nieźle sobie radzimy. Udało mi się zebrać tyle złomu z martwych żołnierzy, że nawet nie jest potrzebna nam kopalnia. Starczy tylko, że rozpalę mój piec za pomocą specjalnego proszku od Mariana i mogę przetapiać stare klingi w łyżki i widelce. To się bardziej przyda niż tak wielka ilość oręża którą udało mi się zebrać. Może i Żelawski jest tyranem to jednak nas chroni. Chociaż i tak każdy ma w domu specjalnie zrobione przeze mnie miecze i kolczugi. A mój brat łuczarz dostarcza zapas strzał, łuków i włóczni na wypadek ataku zwierząt lub innych potworności których jest coraz więcej i więcej. Już nigdzie nie jest bezpiecznie. Słyszałem, że jakiś tydzień temu kilka stai stąd untich zaatakował rodzinę jadącą z Kazimierowa. Żelawski się porządnie zdenerwował. Wysłał najlepszych łowców w tamte okolice… Żaden z nich nie wrócił… Nie wiem jak mamy sobie radzić. Co najmniej od czterdziestu lat nikt nie widział żadnego wiedźmina, ani innego wytresowanego łowcy potworów. Katastrofa. Ciekawe… Ciekawe dla czego ich nie ma? Czy ich zakony zostały rozwiązane, czy po prostu zostali wymordowani w czasie wojny? Niee. Wymordować by się nie dali. Jeden wiedźmin zaszlachtowałby 10 rosłych mężów bez szelestu ani znaku obecności. Rozwiązane? Też wątpię. Starszyzna wiedźminów cieszyła się szacunkiem na całym znanym świecie. Poza tym też w trakcie wojny nie brakło sierot, niechcianych bękartów kurew i żołnierzy. Tego zawsze jest pod dostatkiem. Więc… co się stało? Nie rozumiem. Ach zbyt bardzo pogrążyłem się w filozoficznych rozmyślaniach, czas wracać do codziennej rutynowej pracy.

III

Dzień był nadzwyczajnie spokojny zeszłego dnia. A dzień dzisiejszy też nie jest najgorszy. Nie myślę o tym jaki będzie następny. Wolę jak zwykle zająć się swoimi sprawami. Ano tak. Moje sprawy. Nie są w najmniejszym stopniu ani trudne, ani skomplikowanie. Żadnej filozofii. Wstaję o świcie i idę do pracy. A praca no cóż. Ani wyrafinowana, ani skomplikowana. Jestem zwykłą sprzątaczką. Ale moja praca nie jest bynajmniej zwykła. Jest niezwykła. Przynajmniej dla mnie. Jak każda kobieta w mojej rodzinie robię to co reszta kobiet w mojej rodzinie. Bo cóż innego mogłabym robić? Zwłaszcza teraz gdy o pracę ciężko. A ja w swoim fachu jestem najlepsza. Nie ma lepszych ode mnie dla tego dalej ją mam. Nie mam nadzwyczajnych mocy ale moja moc jest nadzwyczajna. Tak. Jestem zwykłą niezwykłą sprzątaczką. A moja praca jest niezwykle zwykła. Sprzątam wielkie zamczysko daleko na północy. Tak. Na północy. Najdalej jak się da na północy tak myślę. W sumie nie wiem. Jestem zwykłą sprzątaczką i nigdy stąd się nie ruszałam. A to zamczysko to jest Vorsgard. Podobno najlepsza szkoła magiczna w tej części świata. A jej pan Vorsbund jest podobno najpotężniejszym czarodziejem na świecie. I podobno ma już tysiąc lat. Ale ja nie wierzę pogłoskom. Jest starszy ode mnie, mojej matki, matki mojej matki i matki, matki mojej matki, ale wygląda maksymalnie na sześćdziesiąt lat. W sumie rzadko go widuję. Prawie ciągle ma jakieś spotkania z wielkimi tego świata. Ale mnie to nie obchodzi. Mnie interesuje tylko i wyłącznie czystość zamczyska. Nie jest to trudna praca, ale też do najłatwiejszych nie należy. Ci mali rozszalali uczniowie zawsze uciekają do nieodpowiednich części zamczyska. Zwłaszcza ci mali i rozszalali. Zwłaszcza do części gdzie uczą się już dorośli. W sumie oni już się nie uczą. Oni badają. A w sumie co ja wiem. Ja tylko tam sprzątam. Od czasu do czasu słyszę jak jacyś poważni czarodzieje się kłócą kto ma rację i gdzie coś się znajduje. Zazwyczaj są to jakieś przedmioty o dziwnych nazwach. W sumie nawet nie wiem czy to przedmioty w końcu jestem tylko sprzątaczką. O i kiedyś widziałam jak jeden drugiego walnął jakąś dziwną miotłą a ten drugi zamienił się w jakiegoś dziwnego zwierzaka. Nie wiem co to był za zwierzak, ale był dziwny. A później schował go do jakiegoś dziwnego słoika z dziwnymi napisami. Później zrobiło mi się jakoś ciemno przed oczami. Dziwne… nie pamiętam co się działo później. To znaczy pamiętam, sprzątałam wtedy kuchnie. Na bogów. Jaka ona była brudna. Tak jak każda kobieta w mojej rodzinie zostaje sprzątaczką w zamczysku, tak każdy mężczyzna zostaje kucharzem. Nie wiem dla czego ale tak jest. A wypadło tak akurat że mój starszy brat, szef kuchni w tej części zamczyska tak zapaskudził tego dnia kuchnię. Nie pamiętam żeby ktokolwiek kiedykolwiek tak bardzo coś ubrudził. Może poza tymi małymi rozszalałymi uczniami w nieodpowiednich częściach zamczyska. Zapomniałabym. Po tym jak zrobiło mi się jakoś ciemno to zobaczyłam jakiegoś brzydala z siwą brodą. A potem znowu nic nie widziałam, coś powiedział i nie pamiętam co. Wtedy pojawiłam się w kuchni. Na bogów jaki tam był bałagan. Mój brat narobił taki bałagan w tej kuchni. Była jakaś uczta i mój brat został wybrany żeby ją przyrządzić. Podobno miał przyjąć jakiś pomocników którzy będą mu pomagali w przyrządzaniu uczty. Z pewnością nie byli to Galowie. Galowie zrobili by wszystko na glanc i posprzątaliby po sobie. Ale w sumie dziwne. To nie był taki typowy brud. To był taki wyjątkowo brudny brud. Jeszcze takiego brudu nie widziałam. Ale jak kazali to posprzątałam. W sumie nikt mi nie kazał. Nie pamiętam. Ale wiem że miałam posprzątać, więc posprzątałam. Strasznie dużo krwi było. Chyba robili ulubioną potrawę Vorsbunda. Bardzo krwisty stek wołowy z wołowiny. Ten był chyba za bardzo krwisty. Tak strasznie dużo krwi było. Ale ile krwi może być w steku? A co ten brzydal do mnie mówił? Na bogów! To nie może być prawda! Gdzie jest mój brat? Co się dzieje? Muszę prędko biec do Vorsbunda i go ostrzec!

IV

Jak to się stało, że do tego doszło? Stoję na tym klifie i chcę skończyć swoje życie, ale tak naprawdę nie chcę tego robić. Dla czego nie chcę robić czegoś co chcę robić? Ale… nie jednak nie chcę skoczyć. To nie będzie godne pieśni, a rzeczy nie godne pieśni nie są niczego godne. Ach moje życie. Jestem młodym bardem a jeszcze niczego nie osiągnąłem. W sumie nie jestem taki młody. Trzydzieści siedem lat to nie jest tak mało. Ale ja się czuję tak młodo. Chcę jeszcze coś osiągnąć. Nie może być tak, że tak po prostu skoczę z tego klifu. Bez żadnych świadków, żadnych gapiów. Bez nikogo. Nikt tego nie zobaczy. Nie. Jeszcze nie na mnie czas. Muszę zrobić coś wielkiego. Wiem napiszę pieśń o samobójcy który tak naprawdę nie chce umierać, a jednak chce. Będzie to pieśń przedstawiająca filozoficzną wewnętrzną walkę. Żyć czy nie żyć? Czy się opłaca? Czy warto? Ale też czy zrobiłem wszystko co chciałem zrobić? Czy osiągnąłem wszystko co chciałem osiągnąć? Czy mogę tak po prostu umrzeć? Czy jestem godzien tego żeby umrzeć? Ale czy też jestem godzien tego by żyć? Czy chcę żyć? Ale też czy chcę umrzeć? Tak. To będzie świetny temat. Muszę teraz wrócić do domu, żony i dzieci. Nie mogę ich tak po prostu zostawić. Bo jak mój już osiemnastoletni syn ma stać się wielkim bardem skoro jego ojciec tak po prostu skoczył z klifu i nic mu nie pokazał. To znaczy pokazałem mu już wiele. Ma swoją własną lutnię. Nawet ma bar w którym zwykł przygrywać za miód i chleb. Jest już w sumie bardziej znany ode mnie. Ale mam nadzieję, że zawsze będzie pamiętał kto go tego wszystkiego nauczył. Ja go nauczyłem pierwszej pieśni. Pierwszej ballady. Nauczyłem go wszystkiego. A jednak ja nigdy nie potrafiłem stworzyć czegoś nowego. Jestem znany w całej okolicy jako świetny lutnista, ale nigdy nie zagrałem, ani nie zaśpiewałem czegoś własnego, bo po prostu czegoś takiego nie ma. Muszę napisać tą pieśń. Pieśń o człowieku który zwątpił i błądzi po krawędziach swojej wątłej egzystencji. Tak, to będzie świetne. Jak tylko wejdę do domu to zajmę się tą pieśnią. Tak. Znowu znalazłem sens swojego życia.

V

Aj nie pamiętam kiedy ostatnio mogłem sobie kulturalnie powalczyć. Wszystkie te pijackie burdy zaczynają się robić nudne. Bo ile można lać pijaków? A i jeszcze zawsze kończy się tak samo. Rzucają się na mnie wszyscy łącznie z barmanem i strażnikami z zewnątrz. No nie moja wina, że ten miód jest taki dobry. Ach… Uwielbiam norgski miód, jest taki… miodowy. Kiedy ci leniwi jarlowie znowu zaczną się lać między sobą. Życie najemnika nie jest takie łatwe. Bandytami zajmują się strażnicy. Granic pilnują strażnicy. Dróg pilnują strażnicy. Potwory ubijają strażnicy. A do Kazimierowa, ani w inne miejsce na południu nie wrócę. Więc co począć? Zalewać mordę kolejnymi kuflami miodu i pracować jako durny strażnik pola. Na polach nic się nie dzieje. Nawet chędożeni orkowie już nie atakują. Ani jednego giganta. Nawet wilka ani jednego nie spotkałem. Jedyne co spotykam to jelenie. Ale ileż to na bogów można jeleni ubijać? Chcę godnego przeciwnika a nie jelenia, albo pijaka z miodosytni. Muszę się stąd w końcu wyrwać. Ale gdzie? Nie ma już miejsca dla najemnych walimordów. A może czas zacząć podburzać tych tłustych jarlów? A gdyby tak przypadkowo umarł jakiś tan i znaleziono przy nim dokumenty jarla sąsiada? Albo gdyby jakaś wioska została przypadkowo wybita i spalona i przypadkowo znalazłby się tam sztandar sąsiada? Hmm… to nie taki głupi pomysł. Tylko kto jeszcze do mnie dołączy? Hmm… Hmm… Wiem! Przecież moja stara kompania też nie ma za dużo do roboty. Ciekawy pomysł. Tylko gdzie ich znajdę? Na pewno tak samo jak ja nie zostali na kontynencie. No chyba że ten zapijaczony Ugr Tiasto. Ten na pewno wrócił do domu. No w końcu mało kto jest tak świetnym łowcą wampirów jak on. A tam ich wszędzie pełno. Hmm… Tunbald… ten wiecznie pijany wilk morski pewnie jak zwykle łupi jakieś wioski na wybrzeżach Brytanii. Chyba dalej marzy o odnalezieniu skarbu Tiguryna i dalekiego lądu na zachodzie… Geneusz? Ten dziki chlejący codziennie jeździec pewnie uciekł na wschód ujeżdżać centaury i polować na orków. Hernhelm? Tego nie będzie trudno znaleźć. Ten chodzący baniak miodu pewnie pojechał do wschodniego Norgavaru, do krainy wielkich jezior polować na swoje ulubione undajny. Alberdinch… on zawsze uwielbiał piaski pustyni. Pomimo, że jest cholernym germańskim traperem i specjalistą od poszukiwań w śniegu. Zawsze znalazł coś w tym śniegu… pamiętam że kiedyś znalazł nawet całą beczkę galijskiego piwa. Harian? Wschodni pijaczyna… Ten to zawsze znajdzie robotę. Ma cela jak mało kto, a jak już się ostro napruje swoją ulubioną słowiańską wódką to trafi nawet króliczka w ciemnym lesie schowanego za drzewem z dwustu metrów. Oczywiście przesadzam, ale jest precyzyjny jak mało kto. Ciekawe co się dzieje z tym alkoholicznym złodziejaszkiem Diemerrem? Pewnie jak zwykle dał się złapać i jak zwykle opracowuje genialny plan ucieczki z więzienia. Może i daje często się złapać, ale nie znam lepszego w jego fachu. No cóż starczy mi już tylko ich znaleźć. Zacznę od Harnhelma. Ale na razie muszę wrócić do pilnowania krów i pszenicy.

VI

Co jest nie tak z tym światem? Nie tak dawno temu skończyła się wojna która pochłonęła miliony, a oni nadal szukają co raz to nowe sposoby by szybciej nieść jeszcze większą ilość śmierci. Nie rozumiem już. Nie lepiej oddać się w objęcia Ginhara? Pan mój Ginhar każdego zrozumie, każdemu wybaczy, każdemu da zrozumienie. Bez przemocy, bez użycia siły. Tak… MILOŚĆ! Właśnie! Miłość nas uratuje! Nie możemy się wszyscy nienawidzić bez powodu. Nie możemy się wszyscy nienawidzić nawet jeśli mamy powód. Lepiej podać sobie braterską dłoń. Bądźmy wszyscy braćmi. Nie.. Wszyscy jesteśmy braćmi! Wszyscy mamy jednego ojca, wszyscy mamy jedną matkę! Zakończmy bratobójcze walki i zacznijmy sobie nawzajem pomagać. Odrzućmy broń, a w zamian uzbrójmy się w miłosierdzie i zrozumienie. Zaprzestańmy rozlewu bratniej krwi. Nie walczmy między sobą o doczesne, materialne wartości. Lepiej walczmy o naszą lepszą przyszłość. Kto mieczem wojuje od miecza ginie. Tak to będą dobre słowa. To będą dobre słowa by zjednać wszystkich na świecie! Ludzi, elfów, krasnoludów, orków, goblinów, centaurów, reptilonów, gnollów i wszystkie inne istoty żyjące na tym świecie. Walką nic nie osiągniemy. Bo wojna może prowadzić tylko do następnej wojny. Ognia nie zwalczaj ogniem. Ogień należy tłumić w zarodku i zasiać w nienawistnych sercach miłość. Niech ci sprawcy zła w końcu poznają, że zło i nienawiść nie doprowadzi do niczego tylko do ich własnej zguby i zagłady. Uratujmy ich przed ich własną samozagładą. Ludzie wszelakiego stanu powstańcie! Elfowie wszelakiego stanu powstańcie! Krasnoludowie wszelakiego stanu powstańcie! Mieszkańcy ziemi wszelakiego stanu powstańcie! Nie pozwólcie by nienawiść była silna w waszych sercach! Nie pozwólcie by nienawiść była silna w sercach waszych braci! Nie pozwólcie aby nienawiść była silna w sercach panów waszych, ani panów waszych braci! Pokażcie im co to znaczy kochać! Niech dowiedzą się, że przemoc i nienawiść są narzędziami wszelkiego zła i że należy się tego wystrzegać. Nie można! … Ekhe, ekhe, ekhe. Znowu dałem się ponieść i zacząłem myśleć na głos. Ach… muszę w końcu coś wygłosić, a nie gadać do siebie wieczorami… może ludzie w końcu dostrzegą, że przemoc to nie jest jedyne narzędzie jakie można użyć aby zmienić świat. Może dostrzegą, że miłość i zrozumienie może uczynić dokładnie to samo, tylko trzeba w to uwierzyć. A gdybym tak w końcu zebrał się na odwagę i wyszedł na plac w centrum miasta i zaczął głosić swoje poglądy? Moi bracia na pewno by mnie poparli, ale co z innymi? Czy znajdę poparcie wśród ludu?

VII

Wybrzeże zielonej wyspy już dawno nie było takie spokojne. W sumie wyspa już nie jest taka zielona. Późno jesienny krajobraz przybiera częściej barwy szkarłatu i brązu. A jednak wyspa nawet o tak ponurej porze roku wygląda urokliwie. Wschodnie wybrzeże zielonej wyspy jest usłane niskimi brzegami u których majestatyczna toń morskiej wody spotyka się z piaskiem. Nawet o tak ponurej porze roku jak ta widok ten jest dość urokliwy. Mniej więcej na środku między południem , a północą u stoku góry i u ujścia rzeki stoi majestatyczne miasto. Nie jest tak majestatyczne jak stolice krajów z kontynentu. Jak te megalopoliptyczne skupiska istot żywych nie dbających o miejsce w którym żyją. To nieskażone złą cywilizacją urokliwe nawet o tej porze roku jest centrum nowego kultu. Kultu przez wielu uznawanego za heretycki, ale dla czego kult wielkiego orędownika natury i samej natury ma być zły i heretycki? Nie podżega do wojny, nie podżega do buntu, nie podżega do niczego poza umiłowaniem natury. Wielki bohater Wielkiej Wojny, Celt, nasz rodak, nasz bohater, Haldik. Haldik sługa natury jak później został nazwany. Ruszył na wojnę jako młody szukający pieniędzy człowiek. Po prawie trzydziestu latach wojny nie widział w niej już sensu. Widział tylko jak wielkie armie niszczą naturę. Widział jak ją palą… siekają i rąbią ostrymi toporów ostrzami. Nie mógł tego znieść. Postanowił się zbuntować. Zaczął swoją epicką walkę o naturę. Mogło się wtedy zdawać, że ją przegrał… ale… ale… Pozostali uczniowie jego słowa. Nawet teraz, po pół wieku od śmierci Haldika jego kult jest żywy. Jego słowa brzmią. Jago słowa będą brzmiały do końca świata i jeszcze dłużej. To dzięki niemu to majestatyczne miasto jest takie spokojne. Nasza zielona wyspa jest taka spokojna. Tu gdzie druidyzm i kult natury zawsze był silny wzrośnie nowa siła! Nowa siła która pokaże ludziom i ich wojnom, że nie mają one sensu. Niech oddadzą się potędze natury. Jak niegdyś robili to druidzi, którzy przez swoich własnych braci zostali zdradzeni. Już niewielu ich zostało, a ich kult uważany jest za heretycki. Tak jak nasz. Ale my mamy poparcie. Wielu wielkich z wielkiej wyspy buntuje się przeciwko obecnym reżimom. Teraz rządzi ogień i stal. Jednakże ogień można zgasić, a stal koroduje. Natury nie da się zniszczyć. Natura była przed nami i będzie po nas. A my się przyczynimy do tryumfu natury. Natura zwycięży… nawet jeśli nam się nie uda to natura i tak będzie tryumfować. Nie da się tego uniknąć. Jeszcze nadejdzie czas, że ludzie zamknięci w swoich kosmopolitycznych metropoliach staną się więźniami własnego „raju”. Natura stanie się im nieprzyjazna. Ziemia przestanie dawać im plon. Woda przestanie być zdatna do picia. A powietrze będzie się robić coraz to cieplejsze i cieplejsze. Aż stanie się tak ciepłe, że ziemia zamieni się w piach, topniejące lodowce zaleją ziemię, a palące słońce wysuszy jej powierzchnię. To nie jest bliska przyszłość. Ale taka jest, jeszcze napomnicie na moje słowa. Niebo stanie w miejscu, ziemia zadrży w ogniu, a wy nawet tego nie dożyjecie, bo wasz wzrok jest zbyt krótki aby zobaczyć następstwa waszych „cudów”. Nie dostrzegacie tego że niszczycie wszystko co dała nam natura. Drzewa… Ziemia… Rzeki… Powietrze… Jednakże czuję, że nadchodzi wicher zmian. Nic nie będzie już takie jakie było kiedyś. Świat się zmieni. Wszystko się zmieni. A ja będę tego narzędziem. Będę narzędziem w potężnych objęciach natury, która upomni się o swoje. Niech duch natury mnie opęta, niech będę bronią natury, niech będę tarczą natury. Wszystko się wtedy zmieni. Ludzie od nowa zobaczą, że postęp nie zawsze prowadzi do przodu. Gdyż może stać się również szybką drogą na dno.

VIII

Ach… jestem już za stary na to. Już całe osiemdziesiąt lat pracuję w tej przeklętej kopalni i ani widu, ani słychu awansu. Król Tarasu nie jest wcale taki dobry jak go piszą. To okrutny tyran który nie dość, że żyje bogowie wiedzą ile, to jeszcze pastwi się na swoim ludzie i odbiera nam prawa. Każden jeden krasnolud mający setkę na karku już dawno powinien wyjść z kopalni. Ale nie za panowania tego tyrana. Według niego jesteśmy maszynami do wydobywania rudy spod gór… Na Farnira… jak ja dawno nie widziałem słońca… nigdy nie widziałem słońca… Już jako młodzieńca wrzucili mnie do kopalni a teraz w wieku stu dwunastu lat po osiemdziesięciu latach pracy Jaśniepan „łaskawy” Król oznajmia, że jako, że jestem taki zdolny w swoim fachu to zbędę górnikiem przez następne pięćdziesiąt lat. Mi już nie czas myśleć o rudzie. W wieku stu lat powinienem zacząć myśleć o żonie, o dzieciach… ale jak taki zwykły górnik jak ja ma zdobyć żonę? Jak mam się wyrwać skoro Król Tyran wrzucił mnie na kolejne pół wieku do czeluści? Muszę spróbować. Nie mogę przecież całego życia przeżyć uderzając tempo w skałę? Niee… tak nie może być. Coś musi się zmienić! Coś musi się zmienić! Tyranizujące rządy muszą zostać ukrócone! Niech tyran usłyszy głos ludu! Niech usłyszą nas wszyscy uciśnieni! Niech powstaną razem z nami! Nie damy się tyranowi! Jest nas wielu! Jest nas więcej! Nadchodzi czas zmian! Coś musi się w końcu zmienić! Dłużej tak nie może być! Tylko jak to wszystko rozplanować? Nie możemy tak po prostu wejść do Sali Królewskiej i wbić mu topora w głowę… To musi być widoczne… Na jakimś publicznym wystąpieniu… Nie wiem jaka jest pora roku, ale według naszego kalendarza jest właśnie Thuanhthar. A koniec Thuanhtharu jest wielkim świętem krasnoludów. Z tego co wiem to wtedy akurat na powierzchni jest coś takiego jak wiosna. Dziś jest 21 dzień Thuanhtharu. Czyli jeszcze sto i jeden dzień przed nami. Będzie dużo czasu na przygotowania. I się nam uda, musi się nam udać. Nie jestem sam. Za czasów Króla Tyrana liczba górników w Tarasie wzrosła do grubo ponad pięciuset tysięcy. Myślę, że rzemieślnicy i inni uciśnieni mieszkańcy Tarasu pójdą z nami. Zwyciężymy. Czuję to. Czuję swoje powołanie do tego. Czuję zew samego Farnira. To się nie zdarzało od tysiącleci. Tak… od ponad trzech tysięcy lat Niegdyś Potężne Królestwo Tarasu zajmuje się wydobyciem i przetwarzaniem rudy spod Karpat i handlowanie nią z mieszkańcami powierzchni. Przybycie ludzi jeszcze bardziej wzmocniło ten trend. My krasnoludy musimy pokazać, że nie jesteśmy tylko nadającą się do kopania skały maszynami. Musimy pokazać, że słowo krasnoluda ma więcej znaczenia na powierzchni niż jej mieszkańcom może się wydawać. Zew Farnira. Tak to musi być to. Niegdyś Potężne Królestwo Tarasu powstało ponad pięć tysięcy lat temu… Kiedy to po raz ostatni krasnolud poczuł w sobie Zew Farnira. Niewiele czasu zostało, ale wierzę że dam radę. Farnir ma mnie w swojej opiece. Będę mieczem i tarczą ziemskiej inkarnacji boga ojca. Zniszczę tyranię i ustanowię braterstwo. Jak ongiś. Ludy powierzchni będą inaczej patrzeć na podziemny lud. Lud pełny dumy i potęgi. O bogatej w bohaterów historii. O dumnej historii. Nie damy się już nikomu pomiatać. Ani swojemu tyranowi, ani tyranowi z powierzchni. Sami będziemy sobie panami, sami będziemy sobie seniorami, sami będziemy sobie władcami. Będziemy sami dla siebie. Chwała Farnirowi! Ale na razie muszę wracać do pracy.

IX

Nie wszystko jest takie jakie się zdaje, że jest. Tak zawsze powiadał mi mój zmarły ojciec. Może miał trochę racji. Ale dla mnie czarne jest czarne, a białe jest białe. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Bo czarne jest czarne. Białe jest białe. Nie ma innej możliwości. Hmm… Jakby się zastanowić to nie jest to takie pewne. Skąd możemy wiedzieć, że śnieg na który patrzymy jest biały? Czy nie jest czasem czarny? Czy nawet czerwony? Wszystko zależy od nas. Jak na co spojrzymy. Jak nam kto powie. Jeśli ktoś ci wmówi, że śnieg jest czerwony to uznasz go za szaleńca. Ale jeśli więcej niż ktoś zacznie ci to wmawiać to możesz mieć wątpliwości co do słuszności swoich racji. Nie prawdaż? Umysł wie tyle ile mu powiemy. Nie więcej nie mniej. Nigdy nie ufaj swoim zmysłom. Ponieważ wszystkie je można oszukać. Wzrok można omamić złudzeniem, iluzją. Słuch można omamić. Węch można omamić. Dotyk można omamić. Smak można omamić. Wszystko można omamić. Więc czy całe nasze życie nie jest obłudą i iluzją? Czy śniadanie które zjadłeś rano jest prawdziwe? Czy ubranie które nosisz jest prawdziwe? Czy ziemia po której chodzisz jest prawdziwa? I wreszcie najważniejsze pytanie. Czy ty jesteś prawdziwy? Jeśli uważasz, że tak jakie masz na to dowody? Uważasz tak bo ktoś ci tak powiedział? Przecież ta sama osoba mogła ci powiedzieć, że śnieg jest czerwony. Czy jesteś pewien tego czego jesteś pewien? Czy kiedykolwiek zadałeś pytanie jak? Dla czego? W jaki sposób? Jeśli tak to dla czego? Jeśli nie, dla czego? Jeśli zadałeś te pytania i otrzymałeś odpowiedzi, czy poznałeś sens tych odpowiedzi? Czy zrozumiałeś je? Nie jest to taka prosta sprawa. Najpierw trzeba określić prawdziwość odpowiedzi. Następnie sprawdzić, czy pytanie miało sens. Potem stwierdzić, czy odpowiedź ma jakąkolwiek wartość merytoryczną czy też jest zwykłym bezsensownym bełkotem. Jeśli zadałeś pytanie: „Jak powstałem” i usłyszałeś odpowiedź: „Urodziłeś się dzięki temu, że doszło do zapłodnienia” określenie prawdziwości odpowiedzi nie powinna być trudna, ale jeśli usłyszałeś coś w stylu: „Bóg tak chciał”, „Stworzył cię bóg”, coś jest nie tak. Tutaj powinieneś określić prawdziwość i polemizować z autorem odpowiedzi i zadać mu pytanie: „Dla czego?”. Nie musisz się zastanawiać czy pytanie ma sens, bo pytanie „Dla czego?” zawsze ma sens. Jeśli adresat odpowiedzi nie ma argumentów, lub jego argumenty nie przynoszą niczego zadaj mu kolejne pytanie: „Skoro nie masz argumentów, dla czego tak twierdzisz?”. Jeśli dalej będziesz słyszał to samo wiedz, że taka osoba nie jest godna twojej uwagi ponieważ odpowiada na pytania na które sama nie ma pojęcia. Dała sobie wmówić, że białe jest czarne  i próbuje ci wmówić dokładnie to samo. Pamiętaj, nie wszystko jest takie jakie wydaje się że jest. Więc jeśli ktoś kto ma argumenty na pytanie: „Dla czego?” warto się zastanowić czy czarne naprawdę nie jest białe. Ale nie należy także dać sobie od razu wmówić, że tak jest. Należy zadawać pytanie „Dla czego?” do czasu aż będziesz w stu procentach pewny, że całe życie żyłeś w błędzie. Na przykład. Co było przyczyną Wielkiej Wojny? Tu można uzyskać kilka odpowiedzi. Nie każda z nich jest prawdziwa, ani fałszywa. Każda ma w sobie ziarno prawdy i kłamstwa. Zwłaszcza kłamstwa. Jedna z odpowiedzi: Napięcia pomiędzy dwoma głównymi potęgami znanego świata.. odpowiedź druga: Zniewaga księżniczki Theodory. Odpowiedź trzecia: Podżeganie z zagranicy. Odpowiedź czwarta: Działanie Tillmara. To nie są wszystkie odpowiedzi jakie mogłyby paść, ale w miarę najbardziej prawdziwe. Każda z tych odpowiedzi jest prawdziwa i jednocześnie fałszywa. Ja nie znam jedynej całkowicie prawdziwej odpowiedzi na to pytanie. Bo nie wszystko jest takie jakie wydaje się, że jest. A może znam odpowiedź. Jednak ona może okazać tak absurdalna, że może wydawać się nieprawdziwa. Jednakże jeśli nie będziesz zadawał pytania „Dla czego?” nie dowiesz się. Dla czego? Bo wtedy nie określisz tak naprawdę prawdziwości tej odpowiedzi. Dla czego? Bo nie otrzymasz wszystkich argumentów za i nie postawisz wszystkich argumentów przeciw. Chyba, że od razu będziesz za. Ale wtedy musisz dalej zadawać pytania, by nie dać sobie za łatwo wmówić, że czarne jest białe. Dla czego? Bo jeśli dasz sobie wmówić, że czarne jest białe, a czarne tak naprawdę jest czarne to co to będzie dla ciebie oznaczało? No właśnie.

X
Karczma Onumdeara nigdy nie była spokojna. Inaczej, zawsze były tu jakieś burdy. Czy to po prostu pijaczki się pobiły, czy ktoś kogoś obraził, walczyli za pieniądze, czy do karczmy przychodzili jacyś ważniacy w zbrojach, lub togach i zaczęli lać po mordach obecnych w karczmie. Karczma była niszczona i odbudowywana setki razy, przynajmniej cztery razy w roku. Gdyby nie to, że jest to chyba najbardziej popularna karczma na zielonej wyspie, to wiekowy już Onumdear zbankrutowałby już dawno temu. Fakt, że jego przyjaciel Hustus Naptus z Italii jest czarodziejem zupełnie ułatwia sprawę. Również wiekowy Hustus stał się specjalistą od odbudowywania zniszczonych rzeczy jak na przykład karczma „Płonące Krokwie”. Stał się światowy autorytetem do spraw magii związanej z rekonstrukcją i naprawą. Otrzymał nawet prestiżową nagrodę Tinarexana w dziedzinie Magii Przywracania. Często gości z gościnnymi wykładami na takich uczelniach jak Uniwersytet Lindogardzki, Uniwersytet Theogardzki, Uniwersytet Lopegardzki, Uniwersytet Saarfurcki, Uniwersytet Frankfurcki, Uniwersytet Kazimierowski, Uniwersytet Natarski, Uniwersytet Nuzmieński i nawet na Uniwersytecie Arcysztuk Magicznych w Vorsgardzie. Wracając do karczmy i bijatyk. Pewien dzień późnej jesieni nie był wyjątkiem. Do karczmy standardowo przybyli miejscowi pijacy, miejscowi alkoholicy, miejscowi pracujący i dziwny typ w jeszcze dziwniejszym ubraniu. Kawał chłopa z tego chłopa, bo chłopem był ten chłop. Ze dwa i pół metra, albo mniej miał. Ale coś koło tego. Dużo ogółem. I też umięśniony, jak jakiś ork. Dużo mięśni, zwłaszcza na rękach, nogach i w ogóle wszędzie dużo mięśni. Dużo go było, bo duży był. Ludzie się jakoś odsuwali od niego, a sam podszedł do kontuaru i powiedział: „Poproszę… Wodę.” Zszokował wszystkich. Jak taki kawał świni może pić tylko wodę? Wziął swoją wodę i zaczął pić. I pił… I pił… I pił… I… Pił… Długo pił. Nie zwrócił uwag nawet na to, że prawie oberwał krzesłem. Pił dalej swoją wodę. Jakieś dwie godziny ją pił. Aż w końcu pewien typek przepełniony odwagą po wypiciu znacznych ilości ciemnego piwa postanowił podejść do nieznajomego i uświadomić mu, że w tak zacnym przybytku wypada pić tylko piwo i że jego picie wody kala dobre imię gospodarza. Następnie zaczął wyzywać jego matkę i wyklinał go od najgorszych. Nieznajomy dale powoli i miarowo pił swoją wodę. „Nie zmuszaj mnie do użycia siły” powiedział spokojnie do typka. Ten zaczął się śmiać wniebogłosy. „Nie piję alkoholu bo niezła szajba mnie bierze po nim” dodał. Typek zaczął się śmiać jeszcze głośniej. „Sam tego chciałeś” powiedział zamawiając następnie szklankę whisky. Wypił całą za jednym haustem i siedział chwilę. Wstał. Odwrócił się do typka. Schylił się ku niemu. I jebnął go w mordę. Typek wyleciał przez drzwi, jego stan nie jest znany. „Który jeszcze uważa, że nie można w spokoju napić się wody w karczmie?” bardzo szybko znalazł zapaleńców którzy byli za tym aby mu skopać dupę. Gdy nieznajomy wyciągnął zza pazuchy dwa kurewsko, ale to cholernie kurewsko zajebiście duże miecze, zapaleńców zrobiło się mniej. Nieznajomy podziękował karczmarzowi za napitek i zajął się mordowaniem obecnych w karczmie ludzi. Wszędzie latały poucinane głowy i kończyny. Nawet jeden posiekany tułów się znalazł. Nieznajomy mówił dobrze. Po alkoholu dostaje konkretnej szajby i morduje wszystko co widzi. Poza karczmarzem. Po wymordowaniu wszystkich i zalaniu krwią całej karczmy nieznajomy usiadł znowu przy kontuarze i znowu zamówił wodę. „Nienawidzę jak ludzie domagają się własnej śmierci. Nienawidzę.”




XI


Więzienia bałkańskie zawsze zostawiały wiele do życzenia. Zimne ciemne i brudne. Wszędzie biegają szczury, wszędzie cuchnie trupem. A więźniów zawsze zbyt wielu. No cóż. Nikt nie podejrzewał, że po w trakcie wielkiej wojny i w jej następstwie przestępczość wzrośnie, aż trzykrotnie. Jednakże niestrudzona straż z bałkańskich krajów bardzo zgrabnie sobie z nimi radzi. Niszczy wszelkie występki i wszelką obecność bezprawia. Za kradzież bułki z targu możesz dostać wyrok nawet dwóch lat więzienia. A nie trzeba wiele, żeby to udowodnić. Starczy, że ktoś doniesie i ma wystarczająco dużo pieniędzy oczywiście. Tak straszny los spotkał pewnego późnojesiennego dnia najbardziej w świecie niewinną osobę jaką można sobie wyobrazić. Mnicha z ubogiego zakonu Ginhara. Boga współczucia i pokoju. Został skazany przez bogatego ziemianina za domniemane aż dwadzieścia siedem morderstw szlachciców i przynależność do Gildii Zabójców. Dostał wyrok śmierci. Przed wyrokiem miał spędzić w więzieniu dwa tygodnie. Jeśli przyznałby się do winy to kapłan bóstw śmierci mógłby odprawić ostatni sakrament. Jednakże mnich się nie przyznawał do czynu którego nie popełnił. Tego dnia miał szczęście. Inny równie bogaty ziemianin, przeciwnik wcześniej wspomnianego postawił kontr-zarzuty. Ziemianinowi postawił zarzut fałszowania dowodów i wrabiania niewinnej osoby w swoje zbrodnie. Mnich miał naprawdę wielkie szczęście. Albowiem brat drugiego ziemianina był adwokatem i zaczął całą sprawę badać. Był to przełomowy proces sądowy na Bałkanach. Biedny mnich nie mógł opuścić więzienia dopóki dopóty jego niewinność nie będzie zatwierdzona. Proces zaczął się przeciągać w tygodnie, miesiące, a później także lata. Codziennie na Sali sądowej zbierali się biegli i ustalali kto ma rację. Był to przełomowy proces ponieważ dużo bardziej wykroczył poza główną sprawę niżeli powinien. Poruszył sprawę korupcji w sądownictwie, nieudolności prokuratorów i strażników, zaangażował bardzo wielu ludzi i wiele rodów. Po jakimś czasie to już nie była walka o to czy mnich jest winny jego zarzutów czy niewinny. Na Sali sądowej zbierano się by sprawdzać kolejne dowody i zarzuty, przedstawiać kolejne dowody i zarzuty. Czy to w jedna czy to w drugą stronę. Cały kraj, ba, cały świat został poruszony tą sprawą. W całym kraju powstał podział na sympatyków Dotertekasa i zwolenników Inertekasa. Ludzie będący po stronie Dotertekasa byli za ścięciem mnicha a zwolennicy Inertekasa wręcz przeciwnie. Sam król nie miał zdania w tej sprawie. Z każdym miesiącem zwolenników Dotertekasa było coraz to mniej. Od czasu do czasu był przełomowy moment w którym poparcie Dotertekasa rosło, ale zdarzało to się rzadko. Po pięciu długich latach sporów mnich został wypuszczony jako wolny elf, a Dotertekas został wtrącony na dwadzieścia lat do więzienia za fałszowanie dowodów i korupcję. Podobny los spotkał sędziego który wydał taki wyrok i strażników którzy brali udział w zatrzymaniu. Po kilku dniach od wypuszczenia mnicha Dotertekas popełnił samobójstwo pisząc w pożegnalnej notce. „Wypuściliście potwora. Już niedługo dowiecie się o największym spisku naszych czasów.” Większość ludzi zignorowała tę notę, do czasu gdy ich król wraz z rodziną został zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach.

XII

Cóż życie jak szczęścia brak? Cóż robić jak nie ma motywacji? Cóż szczęście jeśli nieprawdziwe? Cóż wolność jeśli nieprawdziwa? Cóż miłość… jeśli fałszywa? Zmęczenie życiem i melancholia kiedyś każdego dopadnie, nie ma innej możliwości. To jest sprawa której się nie ominie. Czy jesteś młodym chłopakiem którego wielka i najprawdziwsza miłość nie zostaje spełniona, czy jesteś starą matroną która pochowała już wszystkie swoje dzieci. Czy straciłeś swoje kończyny, czy kończyny nie dają szczęścia. Nie ominie to nikogo. Nie ważne czyś bogaty, czy biedny. Czyś stary, czy młody. Czyś szczęśliwy, czyś nieszczęśliwy. Jeśli osiągnąłeś wszystko co mogłeś osiągnąć, co poczniesz? Cóż życie jak celu brak? Jeśli nie osiągnąłeś nic i nie zdaje się byś osiągnął, co poczniesz? Cóż życie jak sukcesu brak? Jeśli poznałeś wszystko co można poznać co poczniesz? Cóż życie jak wyzwań brak? Jeśli nie poznałeś niczego i żyjesz w zamknięciu co poczniesz? Cóż życie jak doświadczeń brak? Ale życie może niejednokrotnie zaskoczyć. Bogaty stracił majątek którym był znudzony. I co zrobił? Zaczął szukać okazji. Biedny otrzymał majątek po bogaczu. I co zrobił? Rozdał go biednym. Mędrzec który poznał cały świat stracił pamięć. I co zrobił? Zaczął uczyć się od nowa. Głupiec dostał możliwość nauki. I co zrobił? Zrezygnował. Każdemu z nich można zadać pytanie. Dla czego tak, a nie inaczej? Dla czego bogacz mimo tego, że stracił majątek nie odebrał sobie życia tylko zaczął szukać sposobów na odzyskanie go? Dla czego biedak który stał się bogaczem rozdał swoje bogactwo? Dla czego mędrzec który stracił pamięć zaczął uczyć się od nowa? Dla czego osoba niedoedukowana rezygnuje z możliwości edukacji? Ponieważ jeśli rodzisz się bogaczem zawsze będziesz dążył do bogactwa, nawet jeśli przestaje ci to dawać satysfakcję. Jeśli urodzisz się biedakiem i otrzymasz złoto całego świata, rozdasz je bo nie będziesz wiedział co z tym bogactwem zrobić. Jeśli urodzisz się mędrcem, mędrcem zostaniesz. Jeśli rodzisz się głupcem, mędrcem nie zostaniesz. Ale nie wiesz kim się rodzisz. Wielu głupców uważa się za mędrców, a wielu bogaczy uważa się za biedaków. A może głupiec wcale nie jest głupcem, a tylko udaje? A biedak nie jest taki biedny? A może mędrzec swoją „mądrość” zawdzięcza bogactwu, a biedak jest uważany za głupca, bo nie stać go na naukę? Cóż życie jak szczęścia brak? A może szczęście jest tak samo względne jak bogactwo, czy mądrość? Przecież zawsze znajdziesz kogoś bogatszego lub mądrzejszego od siebie. Zawsze możesz też znaleźć większego głupca lub biedaka. A może szczęście nie zależy od tego kim się rodzimy, a od tego kim jesteśmy? Może jeśli biedak weźmie się w garść stanie się bogaczem. Może głupiec weźmie się za naukę i pozna głębokość swojej niewiedzy? Może mędrzec stwierdzi, że nie może poznać wszystkiego i zacznie się cieszyć z tego co wie? A może bogacz przestanie fanatycznie doglądać swojego majątku, a po prostu zacznie się nim cieszyć? Wszystko zależy od nastawienia. Ale czy osiągnięcie jakiegoś celu da pełnię szczęścia? Czy biedak nie będzie chciał wrócić do swoich i znowu się cieszyć z tego, że przyjaźni nie można przeliczać na pieniądze? Czy głupiec nie będzie chciał zaprzestać nauki by cieszyć się z tego, że niewiedza daje mu szczęście? Czy mędrzec nie będzie chciał wrócić do badań by poczuć się jak dawniej? Czy bogacz nie zatęskni za błogim zarabianiem pieniędzy? I tu się rodzi pytanie. Czy chcę być kowalem własnego losu czy nie. Czy chcę osiągnąć pełnię swojego szczęścia za wszelką cenę, czy do niego dążyć małymi kroczkami. Bo wiadomo, że za szczytem jest droga tylko i wyłącznie w dół.







Część II

Wolne Opowieści

I

Daleko na wschodzie, tuż przy Górach Granicznych na których znajduje się Wielki Mur, w małej prawie opuszczonej wiosce, stary bohater o imieniu Khaai po ciężkim dniu pracy jako pasterz postanowił zajrzeć do zapuszczonej karczmy. A karczma? No cóż. Nie różni się zbytnio od tych znanych na zachodzie. Obszerna izba, kilka stołków i kontuar za którym stoi karczmarz. Z perspektywy wchodzącego po prawej stronie od lady za karczmarzem znajdują się drzwi do pokojów które można wynająć. Po lewej są inne drzwi, ale te prowadzą do schodów, a schody do pokoju karczmarza i do pokoju najzamożniejszego gościa. Po środku izby znajduje się tradycyjne w tych stronach palenisko, wokół niego są stoły i dostawione do nich stołki. Po lewej stronie z perspektywy wchodzącego jest jak gdyby scena dla tutejszego barda i jego brata barda, nie zapominając o ich ojcu bardzie i matce bardce. A i jeszcze mają siostrę, kucharkę. Brat ojca bardów jest właścicielem przybytku. Nazywa się Nurij i jest rok starszy od matki. Ojciec nazywa się Urij i jest starszy od brata o trzy lata. Matka nazywa się Katrina i jest starsza od starszego z braci o zaledwie szesnaście lat. Starszy z braci Karij jest starszy od siostry o sześć lat. Młodszy z braci Kurij jest starszy od siostry o dwa lata. Zaś siostra Uterina ma tyle lat ile matka jest starsza od młodszego z braci. Wszystkich zwą Zdrazicov. Ojciec ojca i brata ojca Nadarij w chwili śmierci miał lat tyle co Khaai miał piętnaście lat temu i osierocił swoje dzieci gdy brat ojca miał lat cztery. Nurij nie ma żony bo jest brzydki i wysterylizowany przez bandytów z północnego zachodu. Bardzo chce ich zabić, ale nie może bo już nie jest taki męski jak kiedyś. Dla tego założył tę karczmę, podpisał umowę z krasnoludami i zatrudnił rodzinę brata która nie miała nic innego do roboty. Bo chciał zemsty. Karczma miała mu dać dochód. I dała. Dla tego przybycie Khaaia do karczmy jest bardzo fortunne dla Nurija. Przez 15 lat działania karczmy na tym zadupiu karczmarz zarobił całe 2367 Tihnarów. Popularnej w tych stronach krasnoludzkiej monety. Jego karczma jest znana w całej okolicy. Dla tego udało mu się aż tyle zarobić. Zwłaszcza dzięki pojawiającym tu się młodym bardom i poszukiwaczom przygód z zachodu. Bardowie poszukują natchnienia w Grającej Rodzinie która jest znana na cały świat, a poszukiwacze przygód poszukują zarobku. A pracy niemało. Dużo można by rzec. Jeden Tihnar jest warty mniej więcej tyle co trzy sztuki najpopularniejszej na zachodzie monety. Donara Theogardziego. A Donar Theogardzki jest zarazem najbardziej wartościową monetą na zachodzie. Nurij jest pieprzonym bogaczem. I dzięki temu, że ma tyle pieniędzy ma nadzieję zatrudnić bohatera Wielkiej Wojny Khaaia by ten porozmawiał z Tarislavem Urislavowiczem Harcovem w sprawie jego zemsty. Jednak czy zmęczony walką Khaai przyjmie tę propozycję? No pewnie. Wszystko jest lepsze od pilnowania zdziczałych owiec. A tyle pieniędzy ustawi Khaaia do końca życia. Ale na zachód raczej nie będzie chciał wrócić. Nie jest tam mile widziany. Nikt nie wie dla czego. A może wie tylko powiedzieć nie chce? Albo się boi… Tak to jest bardziej prawdopodobne. Khaai to kawał brutala. O czasu gdy 3 lata temu przybył do tego opustoszałego a jednak nienaruszonego wojną kraju zbił już z piętnaście osób. Kilkakrotnie. Z tutejszym „mistrzem miecza” stoczył niezliczone ilości pojedynków. Które oczywiście Hanimir przegrał. Ale wygrał coś więcej. Stał się mistrzem miecza bo Khaai zauważył w nim coś. Coś czego nie widział w żadnym zamordowanym z zimną krwią przeciwniku na polu bitwy. Chęć bycia najlepszym. Jest to możliwe bo Hanimir ma tylko 17 lat i już od dwóch lat dostaje tęgie lanie od Khaaia, ale się nie poddaje. Podobno gdy Hanimir był młodszy niż jest w chwili obecnej. Jakże to oczywiste? Nieważne… Miał wtedy dziesięć lat. Już nie miał ojca ani matki które zabił piętnaście lat temu bandyta z północnego zachodu. Stoczył pierwszą walkę z krasnoludem o imieniu Radet Atunri Tenbur Endor Nebaras z rodziny Tihai Tar Tanak. Nie była to łatwa walka. W końcu Raten, jak go nazywają w skrócie, po dziś dzień jest jednym z mistrzów miecza. Też zobaczył to czego nie widział w żadnym ze swoich przeciwników. Wtedy powiedział do Hanimira: „Hanimirze Nodimirowiczu Jatcev, zaprawdę powiadam, że w przyszłości zostaniesz wielkim mistrzem miecza. Taka jest wola Jartuna, boga szermierzy i mieczników. Bądź pochwalony. Nich spłynie na ciebie łaska pana…”. Hanimir bardzo głęboko wierzy w przepowiednie swojego guru, dla tego też bardzo dzielnie znosi lanie Khaaia. Wracając do karczmy w zapyziałej dziurze daleko na wschodzie przy Górach Granicznych. Na prawo z perspektywy jest kolejna izba w której mieszkają najbiedniejsi klienci przybytku. Po środku jest kolejne palenisko a wokół ułożone są posłania dla trzynastu osób. Bardzo często wszystkie są zajęte gdyż ostatnimi czasy podróżnych tu nie brakuje. W sumie nigdy nie brakowało ponieważ wioska jest usytuowana na szlaku handlowym między zachodem a Unteri, królestwem krasnoludów wschodu. Nie jeździ tędy wielu kupców. Jeżdżą raczej podróżnicy i uciekinierzy. Czy to w jedną czy to w drugą stronę. Podobno niektórzy uciekają za Wielki Mur, dalej na wschód. Ale wątpię w to. Jak już wcześniej zostało wspomniane przybywa tu wielu bardów, którzy często śpią w izbie dla najmniej zamożnych. W najlepszym pokoju mieszkają zazwyczaj krasnoludowie którzy uwielbiają pieśni Grającej Rodziny i dużo płacą w swojej walucie za nocleg i przyjemności. Nie muszą płacić aż tyle, ale płacą bo uwielbiają bardów. Powracając do głównego wątku. Khaai przybył do karczmy by napić się wybornego krasnoludzkiego portera i pooglądać spektakle grajków. Lubi też sobie popić z Hanimirem i kilkoma bywalcami karczmy. Gdy dziś podszedł do kontuaru zamiast usłyszeć pytanie: „Co podać?”, usłyszał brzdęk monet i usłyszał: „Czujesz potrzebę zakrwawienia ostrza?” Khaai oczywiście nigdy w życiu nie odmówiłby takiej propozycji. Zwłaszcza, że wytargował pięć darmowych kolejek dla siebie i Hanimira. Więc nie odmówił. Dla Khaaia była to propozycja bardzo na rękę. Mógł w końcu zamordować kogoś dla pieniędzy, mógł sprawdzić wartość ostrza swego i najważniejsze wartość ostrza Hanimira i dać mu ostatnią lekcję. Przygotowania nie trwały długo. Khaai i Hanimir osiodłali konie, przygotowali broń i zapasy i ruszyli o świcie, który jak się okazało tego jesiennego dnia okazał się wyjątkowo był dość późno. Według zegara mechanicznego w karczmie była już prawie południe. Czy może libacja alkoholowa z dzisiaj przyczyniła się do tego? Mieszam czasy… Wszystko się już stało… Czy może się dopiero stanie?... Czy może nigdy się nie stało, ani nie stanie?... Nieważne… Libacja alkoholowa z dnia poprzedzającego wyjazd. Do obozu bandytów z północnego zachodu było dość blisko, jakieś pół dnia drogi. Więc jeśli się sprężą zdążą na kolację. Po drodze dopadła ich straszna śnieżyca co opóźniło ich marsz o około czterdzieści trzy minuty i… piętnaście sekund. Mogą się troszkę spóźnić na kolację. Szkoda… Podobno niezły kucharka z Uteriny… Tak czy inaczej w obozie zastali tylko pięciu ludzi, ale byli inni. Piętnaście orków, sześciu elfów i trzy gnolle. Banda jak z bajki normalnie. Na szczęście Khaai jeszcze nie zapomniał jak się używa łuku i wybił troje elfów na dzień dobry. Hanimir też całkiem nieźle strzela i ubił dwójkę orków. Pozostali się rzucili i rozpoczęła się dzika walka na miecze i inną broń. Zostali pokonani w cztery minuty co do sekundy. Kiedyś dawno temu jeszcze w czasie wojny Khaai powiedział, że potrafi pokonać każdego w cztery minuty, ni mniej ni więcej. Do tej pory się sprawdza. Nigdy nie przegrał, ale zawsze wygrał dokładnie w cztery minuty. Ni mniej ni więcej. Nawet jak się bije na pięści. To najpierw się bawi z przeciwnikiem by w trzeciej minucie i pięćdziesiątej siódmej sekundzie zadać ostateczny cios. Ofiara spada trzy sekundy. Na ziemi jest po czterech minutach. Niezły mordobijec z tego Khaaia. Na samym końcu obozu jest budynek. Prawdopodobnie bandyty z północnego zachodu. I tak w istocie jest. Kiedy Khaai i Hanimir weszli Tarislav akurat gwałcił jakąś dziewczynę. Padł bardzo szybko. Nawet nie zauważył kiedy jego makówka odłączyła się od reszty ciała. Gwałcona dziewczyna, nastoletnia, lekko ruda, dość niska, o wyjątkowo kobiecych kształtach, potwierdziła tożsamość trupa i szybko się ubrała. Jako, że Hanimir jest znacznie młodszy i przystojniejszy od Khaaia to dziewczyna podbiegła do Khaaia i powiedziała, że dziękuje i spytała się.
- Weźmiecie mnie ze sobą? -  płacz
- Dla czego nie? -  odpowiedział Khaai – co ty na to młody?
- Tak, nie możemy jej tu zostawić.
Rozmowa była oczywiście dużo dłuższa, bo dziewczyna opowiadała całą historię tego jak się tu znalazła, jak się nazywa i skąd pochodzi. Była bardzo zdruzgotana. Jej twarz była czerwona od płaczu i uderzeń. Policzki były mokre od łez. A ciało było posiniaczone od kolejnych uderzeń. Ta piętnastoletnia dziewczyna przeżywała istne piekło przez dwa tygodnie. Była codziennie gwałcona przez wszystkich ludzi w obozie. Reszta podobno ma swoje dziewczyny, które także wypadałoby uratować. Ich rodziny nie żyją. A młoda dziewczyna nazywa się Izabella i pochodzi daleko z zachodu. Z okolic Kazimierowa. Łowcy niewolników porwali ją i zamordowali jej rodzinę czterdzieści dni temu. Bohaterowie wybawiciele uratowali inne dziewczyny z budynków orków, elfów i gnoili. Dwie z budynku orków były już martwe. Za to dziewczyna z budynku elfów, była prawie nienaruszona, ponieważ elfowie zostali bandytami gdyż byli orientacji homoseksualnej i uciekli ze swoich domów szukając nowego by uciec od nietolerancji i nienawiści. Tu też ją znaleźli. Ale jeden z orków, którego imię nie sposób powtórzyć, stwierdził, że „Wszyscy uciekliśmy z naszych domów, bo nie byliśmy tolerowani prawda? Ja wraz z moimi trzema braćmi zostałem wygnany za kradzieże i rozboje. Elfowie zostali wygnani za to, że byli inni od reszty. Osobiście nie toleruję całujących się chłopów. Ale to jest obóz w którym każdy może być kim chce. Więc jeśli elfowie mają zamiar się miziać ze sobą to mogą to robić byleby nie wkurwiali nas tym.” Całość przetłumaczył na normalny język jego bękarci brat półork. Tak więc elfowie znaleźli azyl dla siebie, ale dziewczynę i tak dostali. Dziewczyna, brązowowłosa, siedemnastoletnia, szczupła i dość wysoka, pochodziła z tej samej wioski co Izabella i nazywa się Maria. Następna ocalała też nie została tknięta ponieważ gnolle wolą się wymykać i pieprzyć swoje własne kobiety niż ludzkie kobiety. Dziewczyna, jasnowłosa, wysoka, o bardzo wyrazistych kobiecych krągłościach, osiemnastoletnia nazywa się Hanna i pochodzi z sąsiedniej wsi Izabelli i Marii. Dwie martwe zostały zjedzone przez orków. Izabella była w najgorszym stanie, dla tego tak bardzo zmiękczyła żelazne serce Khaaia, że pozwolił Hanimirowi ją wieść. Dziewczyna mocno się przytuliła do młodzieńca i nie mówiła nic przez całą drogę. Maria i Hanna jechały razem na jednym koniu tuż obok Khaaia. Maria, która jest diabolicznie podobna do jego zmarłej dawno temu córki, znowu zmiękczyła jego serce tak, że pozwolił jej jechać z nim na koniu. Jego koń mocny ogier da sonie radę. Hanna, najstarsza z dziewczyn zachowywała powagę. Khaai był za stary by zwracać uwagę na jej falujące piersi, a Hanimir był zbyt zajęty rozmową z wtuloną w niego Izabellą którą zaczął nazywać w skrócie Iza. Bardzo jej to się spodobało. Po pewnym czasie jazdy Hanimir zamienił się miejscami z Izą i ta siedziała z przodu zasypiając w jego ramionach. To samo się stało z Marią. Hanna dalej niewzruszenie jechała na swoim koniu nic nie mówiąc. Okazało się, że będą musieli rozbić obóz na cztery godziny jazdy od wsi. Na szczęście Khaai się zabezpieczył. Wziął ze sobą namiot i posłanie dla jednej osoby. Hanimir zabezpieczył się trochę mniej bo miał tylko posłanie. Na szczęście Namiot był troszkę większy nieżeli się wydawało i zmieścili się pod nim wszyscy. Po lewej stronie Khaai, obok Maria, dalej Hanna, Iza i Hanimir. Zasnęli bardzo szybko. Noc minęła szybko i spokojnie. Ruszyli o świcie. Nie śpieszyli się za bardzo. Ale dojechali. Na miejscu karczmarz ogłosił, że w końcu jego zemsta planowana piętnaście lat została zatwierdzona. Dał pękatu worek pieniędzy Khaaiowi, który zafundował dziewczynom jedzenie i zaproponował im tymczasowe mieszkanie w jego domu. Dziewczyny się zgodziły. Iza zauroczona Hanimirem spytała się czy może on zostać jej opiekunem i obrońcą jej zhańbionej cnoty. Hanimir się ochoczo zgodził, gdyż młodziutka dziewczyna tak zauroczyła go swoją niebywałą urodą, delikatnym pięknem i czystością duszy, że obiecał jej wierność do końca swojego życia, nawet jeśli jej się skończy szybciej. Maria poprosiła Khaaia o osobistą opiekę na co stary weteran przystał. Hanna która zdaje się być silną niezależną kobietą, przystała na propozycję Khaaia i zamieszkała w jednym z niezamieszkanych pokoi. Jednym z czterech w ogóle. W następnych dniach, tygodniach, miesiącach nowa rodzina byłą bardzo zżyta ze sobą. Khaai był ojcem całej rodziny. Maria zastąpiła mu jego ukochaną córkę i znowu poczuł co to jest miłość. Młodziutka Hanna mimo ogromnej różnicy wieku zakochała się w starym rycerzu i obiecała mu wierność dopóki dopóty sam Khaai jej nie zwolni z obietnicy lub śmierć go nie zabierze. Postanowiła, że poślubi go starą tradycją słowian, by móc legalnie uważać się za jego partnerkę i dzielić z nim łoże. Hanimir i młodziutka Iza również szybko się w sobie zakochali. Zhańbiona Iza długo nie pozwalała mu dostać się do jej łona, a on sam nie nalegał, gdyż uważał, że i tak całe życie przed nimi, więc nie trzeba się spieszyć. Maria która odnalazła w Khaaiu ojca, przez długi czas nie znalazła miłości. Miłość sama ją znalazła. W postaci młodego wędrownego filozofa propagującego nową filozofię która mówiła o tym, że przemoc do niczego nie prowadzi. Nazywa się ta filozofia Pacyfizm od twórcy Pacyfa z Yntuaieux. Po pewnym czasie jako, że wszyscy żyli pod opieką Khaaia i wszyscy byli sierotami, wszyscy przyjęli nazwisko rodowe Khaaia, którego on sam nie używał od prawie czterdziestu lat. Żelawski.



II

„Praca najwyższą wartością” brzmi dewiza boga pracy Maritena. Jego kult jest obecny wśród rzemieślników, chłopów i wszystkich grup społecznych które pracują fizycznie. Czyli także Dunvalda. Dunvald z zwodu jest garbarzem w galijskim miasteczku kilka godzin drogi od zachodniego wybrzeża Galii. Praca jest wszystkim co pozostało Dunvaldowi po wojnie. Sam nie brał udziału w wojnie, ale gdy był w interesach w mieście nad morzem jego rodzimą wioskę zaatakowali Germanie i doszczętnie spalili zabijając wszystko co się poruszało. To był jeden z ostatnich wypadów Germanów w czasie wojny, ale też jeden z najbardziej brutalnych. Dunvald stracił najbliższych i cały interes. Wyemigrował więc na południe i osiadł się w miasteczku w którym żyje obecnie. Miasteczko nie jest zbyt duże. Zamieszkuje je około tysiąca dwustu mieszkańców. Urodziwe też nie jest, a zwłaszcza późną jesienią. Dunvald szybko się zaaklimatyzował i zbił niezły interes z gospodarzami z okolicy na surową skórę i wręcz genialny interes na wygarbowaną skórę z krawcami i kowalami. Nieźle się dorobił, ponieważ sam był utalentowanym garbarzem. Wiele lat doświadczenia w fachu robi swoje. Jednakże spokojne życie rzemieślnika miało zostać zakłócone, ponieważ do jego miasteczka przybyli strasznie dziwni ludzie w czarnych kapturach. Czarne kaptury zawsze oznaczają kłopoty. Tym razem nie miało być inaczej. Przynajmniej tak myślał Dunvald. Zdawało mu się, że już widział gdzieś te czarne kaptury. W sumie wielu oszołomów nosi takie dziwne kaptury, więc mógł się mylić. Niestrudzony więc powrócił do pracy. Miał bardzo ważne i przede wszystkim bardzo dochodowe zlecenie od Imatierra kowala. Nic dziwnego nie działo się dnia w którym przybyli zakapturzone postacie. Następnego dnia również. Tylko jakoś dziwnie się zachowywali. Nie zdejmowali kapturów nawet gdy popijali piwo w niezliczonych ilościach. Całymi godzinami się włóczyli po okolicy. I tak przez kilka następnych dni. „Jakieś oszołomy” pomyślał widząc ich Dunvald. Jako, że kontrakt z kowalem został sfinalizowany garbarz postanowił się napić. „Praca najwyższą wartością” brzmi jedna z dewiz Maritena, jednakże jest jeszcze inna: „Ciężka praca jest usprawiedliwieniem ciężkiego picia”. Dunvald jako zdeklarowany wyznawca Maritena trzyma się wszystkich jego zasad. Jedna z nich brzmi: „Pracę należy wykonać do końca”, następna: „Praca ma być wykonana porządnie”, następna: „Każde dzieło rąk wykonawcy pracy ma być godne Mego imienia” i ostatnie: „Dobrze wykonaną pracę należy uświęcić jednym dniem wolnym od pracy i przeznaczonym na cieszenie się z wykonanej pracy, oraz wypicie za zdrowie pracowników i uświęcić toastem Moje imię”. W wielu społecznościach jeden z dni tygodnia nazywa się Maritenaht, czyli dzień Maritena, zazwyczaj tego dnia rzemieślnicy piją za zdrowie pracujących i wznoszą toast za Maritena. Tak więc jedno z określeń Maritena: Bóg Ludu zdaje się być bardzo prawdziwe. Dlatego też Dunvald wraz z innymi pracującymi zaczęli opijać swój sukces. W karczmie w Dainateux, bo tak nazywa się miasteczko w którym żyje Dunvald, była i dalej jest sala dla pracujących. I w tej właśnie sali wszyscy oni piją. Tamtego dnia nie było wcale inaczej. Jedyną dziwną rzeczą w całym tym zdarzeniu było to, że oszołomy w kapturach zamówili nietypowo wino. Nic poza tym. Następnego dnia Dunvald zaczął szukać kolejnej pracy. Nie znalazł. Więc poszedł wieczorem do karczmy by spokojnie wypić z kolegami pracującymi. Jak postanowił tak zrobił. W trakcie popijawy dowiedział się, że Yaren, gospodarz z okolicy, ma na sprzedaż trochę świńskiej skóry. Dunvald postanowił, że ubije z nim interes, ale następnego dnia. Czarne oszołomy tym razem standardowo zamówiły piwo. Następnego dnia Dunvald pojechał do Yarena i zakupił 8 sztuk świńskiej skóry po świetnej cenie i wrócił do domu w celu wygarbowania jej i sprzedania komuś. Podpisał kolejny niezwykle lukratywny kontrakt tym razem z Augustem krawcem. Na zlecenie miał trzy dni. Pracę wykonał na czas i poszedł do karczmy się napić. I tego właśnie dnia zdarzyła się naprawdę niezwykła rzecz. Oszołom w kapturze podszedł do Dunvalda i dał mu zlecenie. Nie było to zwyczajne zlecenie. Termin wynosił aż dwa tygodnie, cena była kosmicznie diabolicznie wysoka, a materiał strasznie nietypowy. Dunvald dostał do wygarbowania trzydzieści skór narvahala, sporych rozmiarów kota zamieszkującego wzgórza kilka dni na wschód. Jedna skóra na jeden dzień. Niezbyt trudna robota. A skóra narvahala się łatwo garbuje i przy tym nie traci swojej miękkości. Jest mocna i miękka. Bardzo mocna. „Skąd te oszołomy mają skóry narvahali? Skąd na bogów mają aż trzydzieści tych skór? Na jakiego diabła są im je potrzebne? Te oszołomy to prawdziwe oszołomy jednak.” Pomyślał Dunvald. Ale nie przejmował się tym. Praca to praca. A pracę trzeba wykonać. Tak mówi Mariten. Trzydzieści skór, trzydzieści dni. Dunvald jak zwykle wykonał pracę na czas. Dostał swoją dolę i postanowił czekać następne dziesięć dni na wymarzony Maritenaht. Jednakże jego spokój zmąciła kolejna sytuacja z oszołomami w kapturach. Jeden z nich zaproponował Dunvaldowi pewien układ. Polegał on na tym, że Dunvald wyruszy z nimi, a oni sprawią, że odzyska to co utracił w przeszłości. Był bardzo przekonujący. Dunvald się zgodził. Jednakże też postawił warunki. Nie może mu się nic stać inaczej oni sprowadzą na siebie gniew Maritena. Takie prawo mają pracujący którzy otrzymują nietypowe zlecenia. Czarny oszołom przystał na warunek Dunvalda. Wiedział również jak ważny dla pracującego jest Maritenaht więc postanowił, że wyruszają za dwanaście dni. Dunvald więc ma dzień na wytrzeźwienie po Maritenahcie i całe dziewięć dni na przygotowania do nietypowej misji jak dla pracującego. U kowala zamówił miecz. U krawca skorznię, a u stolarza tarczę. Do tego wszystkiego dał kilku pracującym grupowe zlecenie wykonania butów. Wszyscy się dziwili dla czego pokojowy Dunvald szykuje się na wojnę, ale ten ich zbywał mówiąc „Chyba musze ja jakoś tarczyć zad przed Giermaninoma nie?” Tak czy inaczej w Maritenaht nachlał się jak nigdy wcześniej w życiu. Nie pamiętał jak i kiedy wrócił do domu, ale trafił. Z dość uszczuploną sakwą. Cały dzień pił kozie mleko i poszedł spać o zmroku. Następnego dnia o świcie zbudziło go pukanie. Był to jeden z oszołomów. Dunvald przysposobił się do wymarszu. Zabrał jedzenie i wodę na kilka dni. Na szczęście nie musiał kupować konia ponieważ zakapturzeni mieli jednego wolnego konia. Ich konie były równie dziwne jak oni sami. Jednakże szybkie i mocne. Po drodze jeden z oszołomów mówił coś o wielkim skarbie i nagrodzie za niego. Mówił też coś o ruinach starożytnej elfiej fortecy na wzgórzach kilka dni drogi od Dainateux. Kiedyś tak gęsto zaludniona centralna Galia teraz jest prawie całkowicie opuszczona. Gdzieniegdzie są tylko wsie drwali. Wojna odbiła tutaj wyjątkowo swoje piętno. Ta niegdyś piękna, pięknie zabudowana i gęsto zamieszkana kraina została prawie doszczętnie zniszczona ponad czterdzieści lat temu. Mieszkało tu bogate w piękną i bojowniczą historię plemię elfów, przez niektórych nazywane Miedzianymi Elfami, od koloru ich skóry. Dzięki tym elfom kultura galów stała się tak bogata w sztukę, muzykę i dobrą kuchnię. W czasie wojny Germanie postanowili zniszczyć tę krainę. Co im się udało. Większość elfów i galów została zamordowana. Nawet teraz, po czterdziestu latach można znaleźć wielkie mogiły i pola na których na pale zostawali wbijani przeciwnicy Germanów. Części elfów udało się uciec na wschód, przez Dzikie Góry, do Doliny Tandawy. Stamtąd zaczęli planować swoją zemstę. Ruiny do których zmierzają oszołomy i Dunvald jest starsza niż większość miast na kontynencie. Podobno znajduje się tam artefakt o potężnej mocy którym można przywracać zmarłych do życia. Jednak Dunvald o tym nie wiedział. Po kilku dniach podróży garbarz dowiedział się do czego były potrzebne te skóry. Oszołomy przygotowały z nich specjalne kaftany i worki. Jeden z kaftanów dali Dunvaldowi. Zbroja ta była bardzo lekka i wytrzymała, do tego praktycznie nie ograniczała ruchów. Świeżo ugotowany poszukiwacz skarbów szybko przebrał swoją toporną skorznię, przypiął miecz, na plecy zawiesił tarczę na plecach i ruszył, tym razem już pieszo, za oszołomami. Droga prowadziła zarośniętą ścieżką ku górze. Był to bardzo ciężki trakt do przebycia więc poszukiwacze przybyli na miejsce dopiero pod wieczór. Postanowili rozbić obóz pod ruinami i ruszyć o świcie. Przez cały tan czas oszołomy nie zdradzili swojej tożsamości i nawet na chwilę nie pokazali twarzy. Jak postanowili wieczorem, tak zrobili rano. Wstali ciut świt. Biorąc pod uwagę, że już jest zima i w północnej Galii spadły pierwsze śniegi. Poszukiwanie wejścia do ruin zajęło im kilka godzin. Jednakże dzięki spostrze- gawczości Dunvalda odnaleźli je. Wejście było dobrze zamaskowane. Matka natura się spisała. Za obalonym konarem dębu był wyłom w murze na tyle szeroki aby zmieściła się tam jedna osoba. Tak więc ta dziwna kompania wkroczyła do ruin Aithar G’abana. Przed towarzyszami ukazał się brukowany porośnięty mchem dziedziniec, a na środku dziedzińca posąg elfickiego bohatera. Za dziedzińcem były wrota do stołpu fortecy. Zbutwiałe od wilgoci i czasu. Nie były trudną przeszkodą dla kompanów. Po wejściu do stołpu jeden z oszołomów wyciągnął starożytną mapę która przedstawiała fortecę i wzgórze na której ów forteca się znajdowała i dalej prawdopodobnie się znajduje. Według oszołoma kompania powinna pójść do prawego skrzydła zamku i znaleźć wejście do lochów. Jak postanowili tak zrobili. Po drodze mijali kolejne regały i stoły pokryte pajęczynami. Wszystko było wykonane z dziwnego odpornego na działanie korników i czasu drewna. Podobnie jak drzwi do piwnicy. Gdy otworzyli drzwi do piwnicy ukazało im się coś dziwnego. Coś naprawdę fascynującego. W piwnicach ruin starożytnej fortecy ucztowali elfowie. Ale nie ci znani z naszych czasów. Ucztują tu elfy które od tysiącleci są uważane za rasę wymarłą. Nie zwrócili uwagi na przybyszy. Dopóki oszołomy nie zdjęły kapturów. Okazało się, że oszołomy są przedstawicielami tej samej rasy elfów co biesiadujące tu osobistości. Wszystkich oczy skierowały się ku Dunvaldowi. „To on!...” powiedział jeden z nich. „Jesteśmy uratowani!” powiedział następny. Dunvald był cholernie zdezorientowany. Wszyscy biesiadnicy zdjęli swoje wierzchnie ubranie i ukazali swoje skórzane kaftany ze skóry narvahala. Dunvald był coraz bardziej zdezorientowany. „O co tu do stu diabłów chodzi?” pomyślał. Jeden z oszołomów powiedział, że dziś ma spełnić się przepowiednia zapisana wiele tysięcy lat temu. Zaprowadził go do czaszy która była wypełniona krystalicznie czystą cieczą. Nakazał Dunvaldowi spojrzeć w zwierciadło cieczy. Garbarzowi ukazała się jego podobizna w dziwnej koronie, z jeszcze dziwniejszym kamieniem po środku. „Ta korona znajduje się w tym zamku dziedzicu i tylko ty jesteś w stanie ją odnaleźć ” Poziom zdezorientowania Dunvalda tysiąckrotnie przekroczył maksimum. Jak galijski garbarz miałby być jakiś dziedzicem jakiejś dziwnej elfickiej korony? Ale dla czego by nie spróbować? I właśnie tak pomyślał sobie wtenczas Dunvald. Spytał się gdzie ma szukać i dobył swojego świeżego miecza który nawet nie był ostry. Elfowie odpowiedzieli mu, że zwierciadło da mu odpowiedzi na wszystkie pytania. I tak też się stało. W odbiciu zwierciadła zobaczył tajemne drzwi, których do tej pory nikt nie widział. W sumie dalej nikt poza Dunvaldem ich nie widział. Dziedzic podszedł do tajemniczych drzwi i od razu gdy je dotknął zaczęły się otwierać. Dunvald podszedł ponownie do zwierciadła. Tym razem ukazała mu się cała droga przez tajemne komnaty fortecy. Widok ten bardzo mocno wyrył się w pamięci byłego garbarza. Widział je przed sobą przez cały czas. Szybko ruszył przez korytarz w kierunku, który pokazuje mu obraz, który widział w zwierciadle. Po drodze nie minął niczego ciekawego poza bardzo ciekawymi płaskorzeźbami, które przedstawiały władców fortecy sprzed tysięcy lat. Droga do sali w której powinna się znajdować korona nie była zbyt długa. Na samym końcu ukazała się obszerna sala w której znajdowały się ustawione po kolei kamienne trony na których spoczywały rzeźby przedstawionych wcześniej władców fortecy. Na samym końcu stał główny tron na podniesieniu z osadzonym na nim dumnie siedzącym posągiem najprawdopodobniej pierwszego władcy fortecy. Jednakże na żadnej z rzeźb nie było widać korony. Elfowie zaczęli wątpić gdy Dunvald dostrzegł coś w dłoni siedzącego na najwyższym tronie. Była to kamienna księga, a na stronach które były aktualnie otwarte były napisane słowa których Dunvald nie był w stanie przeczytać. Jeden z oszołomów podszedł do księgi zaczął czytać: „Tiarie anado ty’Aramus! Un  ahatie dun g’astatai gihate tan aramusi manari, ondare tempusi raz wet. Qitarai Mytare utna haksari. Arame Mytare utna haksari. Tiarie anado ty’Aramus!” Co w przetłumaczeniu na nasz oznacza. „Niech żyje król! W dniu w którym powróci królewski dziedzic, bieg czasu zmieni się. Korona Wieków powróci. Królestwo Wieków powróci. Niech żyje król!” Te elfy chyba nie lubiły się rozpisywać. Po tym jak jeden z oszołomów przeczytał i przetłumaczył inskrypcję Dunvaldowi na środek sali padło nie wiadomo skąd światło. Światło oświetlało małą kolumienkę na której utytułowana była Korona Wieków. Nikt poza Dunvaldem tego nie widział. Dopiero gdy Dunvald stanął naprzeciwko Korony wszyscy zobaczyli co się dzieje… A zaczęło się dziać sporo. Kamienni królowie powstali. Król z najwyższego tronu również powstał i powiedział „Aramusi manari utna hakasare! Arame Mytare nadre raz! Tiarie anado ty’Aramus!” Zgromadzona gromada kamiennych królów zaczęła po nim powtarzać. I tak jeszcze wiele razy i głośniej. Dunvald w końcu się spytał oszołoma co oni wszyscy mówią. Odpowiedz brzmiała: „Królewski dziedzic powrócił! Królestwo Wieków odrodzi się! Niech żyje król!” Kamienni monarchowie jeszcze kilkakrotnie powtarzali te słowa, aż siedzący na najwyższym tronie podszedł do korony, wziął ją w dłonie i podszedł do Dunvalda. Reszta kamiennych postaci uklękła, podobnie jak oszołomi i ci dziwni elfowie. Kamienny król nie był zbyt rozmowny. Zakładając koronę powiedział tylko „Tiarie anado ty’Aramus!” i rozsypał się w proch. Podobnie jak reszta kamiennych osobistości. Dunvald spytał się co ma robić. Oszołom odpowiedział: „Dziel i rządź Królu Wieków”.

III

Morze jesienią jest takie zmienne i piękne. Doskonale ukazuje jaka matka natura potrafi być zmienna i kapryśna. Raz przyśle pomyślne wiatry innym razem wyśle sztorm. Z matką naturą nie ma żartów. Bardzo dobrze to wie Atekas, rybak. Atekas został osierocony gdy miał zaledwie cztery lata i od tamtej pory jest wykorzystywany jako niewolnik na przystani. Jego rodzice umarli gdy wypłynęli na morze i zaskoczył ich sztorm. Zycie Atekasa od samego początku było trudne. Choć ma teraz już dwadzieścia lat to dalej nie może odzyskać swojej wolności. Takie jest życie na pirackiej wyspie, w pirackim azylu… Piratom Wielka Wojna wyszła tylko i wyłącznie na dobre. W trakcie wojny okręty handlowe były słabiej strzeżone a handel na morzu Międzylądowym był bardzo rozwinięty. Niestety teraz na ów morzu powstał wielki wróg piratów. Republika Lopegardzka, która posiada najważniejsze porty na półwyspie Italskim i Dolinie Tandawy. Kilka miesięcy temu zaczęła się obława na piratów. Jeden z największych hersztów pirackich zaproponował reszcie przejęcie bardzo ważnej strategicznie wyspy. Sycylii. Sycylia, która była ongi siedzibą legendarnego króla Sycyla jest bardzo ważnym punktem strategicznym na morzu Międzylądowym, ponieważ z niej można kontrolować handel morski między wschodem, a zachodem. Piraci mają na tyle siły by zdobyć wyspę, ale kto będzie nimi dowodził? Nawet tak zdeprawowany lud jak piraci musi mieć jakieś prawa. I tak też jest. Nie ma ich wielu, ale jedno z nich brzmi: „Król piratów może prowadzić wojny w imieniu wszystkich piratów i inni piraci winni są mu posłuszeństwo.” Oczywiście od setek lat nikt nie widział, ani króla piratów, ani legendarnego kielicha króla piratów. Niektórzy powiadają, że gdy ostatni król piratów wypływał na następną ze swoich wypraw zostawił kielich gdzieś na zachodzie i powiedział: „Ten kto odnajdzie kielich, będzie mógł się ubiegać o godność króla piratów.” Przez pierwszych kilka lat wielu piratów podróżowało na zachód w poszukiwaniu kielicha, ale żaden z nich go nie odnalazł, a jeszcze mniej z nich wróciło by o tym powiedzieć. Teraz już większość piratów zapomniała o tym kielichu. Ale nie Atekas. Niewolnik piratów znał dobrze wszystkie pirackie legendy i podania. Tylko jak zwykły niewolnik ma namówić jakiegoś z hersztów piratów, by ten wyruszył na poszukiwanie kielicha? Bo tylko ten kto zdobędzie kielich będzie godny zjednoczenia piratów i dokonania czynu którego nie dokonał nikt od czasów Tiguryna. Jak któregoś z tych zadufanych w sobie zapijaczonych łbów przekonać? Niewolnik nie miał za wiele czasu by się zastanawiać. Był zajęty przebieraniem ryb. Co może zmienić nic nie warty niewolnik? A jednak, może. Atekas miał w sobie na tyle charyzmy, że przekonał innych niewolników by ci po cichu zaczęli przygotowywać do buntu, którego celem będzie, albo przejęcie jakiegoś okrętu i wypłynięcie w poszukiwaniu kielicha, albo przekonanie jednego z hersztów by to zrobił. Przygotowania trwały całą zimę i część wiosny. Każdy z niewolników przygotował sobie jakieś ostre narzędzie, lub jakąś pałę. Dzień na rewoltę był wręcz idealny. Prawie wszyscy piraci byli na morzu więc nie było wielu nadzorców niewolników. Bunt niewolników udał się bardzo dobrze. Jednakże jedyny obecny na wyspie herszt nie miał najmniejszego zamiaru oddawać okrętu, ani wypływać w poszukiwaniu legendy. Umarł. Niewolnicy przejęli okręt i razem z całym łupem popłynęli na kupieckie wybrzeże. Zdjęli bandery i przyodziali się jak kupcy. Za pieniądze jakie znaleźli na okręcie wynajęli nawigatora, najemników i wioślarzy. Na szczęście Atekas okazał się nie być głupcem i nie mówił nic najemnikom o celu podróży, ani o tym co mają na okręcie. Postanowił ich także rozbroić, a ich broń schować pod klucz. Jak dotrzeć znaleźć wyspę na której „Zima nigdy nie przychodzi.”? Ciekawe. Atekas postanowił zaczekać z osądem, aż dopłyną do oceanu. Jak postanowił tak zrobił. Po kilku dniach podróży żeglarze stwierdzili, że należy przybić do przyjaznego portu i uzupełnić zapasy ponieważ podróż może być jeszcze długa. Podróżnicy postanowili przybić do kei w Guiporcie, stolicy germańskiego rodu Guiwingów. Tam zatrzymali się na kilka dni. Gdy wędrowcy zeszli na brzeg, Atekas poszedł do najbliższej karczmy, by zamówić sobie piwo i spytać się o ciekawe rzeczy w okolicy. Dostał piwo, ale nie dowiedział się niczego konkretnego. Jakiś Pacyf założył zakon Pacyfistów. Na zielonej wyspie powstał Kult Natury. A państwo Guiwingów non stop atakują orkowie. Gdy Atekas spijał pianę ze swojego zimnego, ciemnego, pszenicznego piwa jego oczom ukazała się prawdopodobnie najpiękniejsza istota jaką w życiu widział. Młoda, ciemnowłosa, wysoka, szczupła, o wyraźnych kobiecych kształtach, odziana w szykowną zieloną suknię i zniewalająco pięknym uśmiechem na równie pięknej twarzy kobieta tak przykuła wzrok żeglarza, że ten wylał na siebie swoje piwo. Długi czas nie mógł oderwać od niej wzroku więc spytał się karczmarza kim jest ta kobieta. Karczmarz mu powiedział, że jest ona dziwką. Atekas wielce się zdziwił. Jak tak urocza kobieta, może być dziwką? Nie obchodziło to podróżnika. Podszedł do niej i nie zaczął rozmowy jakby chciał wynająć jej ciało. Wykorzystał stary jak świat trik z upadającym kapeluszem. Rzucił kapelusz pod nogi kobiety podszedł do kapelusza, wziął go, założył na głowę i powiedział wręcz rytualne słowa „Jakież to szczęście miał mój kapelusz upadając pod twymi stopy piękna pani.” Banalne ale zadziałało. Kobieta dała się zaprosić do stolika. Atekas zamówił dobre wino z którego słynie kraj Guiwinga, następnie polał trunku do swojego kieliszka i do kieliszka kobiety. Podczas rozmowy dowiedział się, że kobieta nazywa się Alemastra i jak już wcześniej słyszał, powiedziała mu, że jest dziwką i że nie da się wyrolować na kapelusz i dobre wino. Po dłuższej rozmowie jednak Alemastra przekonała się, że Atekasowi wcale nie zależy na jej ciele tylko na jej samej. Tak więc kontynuowała z nim rozmowę. Przesiedzieli tak cały dzień przy stoliku rozmawiając na różne tematy. Atekas ani razu nie wspomniał kim naprawdę jest i dokąd zmierza. Wynajął pokój do którego kobieta nie dała się długo zapraszać. Jako niewolnik Atekas nigdy w życiu nie miał sposobności kontaktu z jakąkolwiek kobietą więc to co kobieta zrobiła w pokoju bardzo go zdziwiło. Atekas i Alemastra usiedli razem na sofie i kontynuowali swoją rozmowę. Aż w końcu padło pytanie: „Dla czego to robisz?” „Nie mam wyboru, jestem niewolnicą.” Zdziwienie Atekasa sięgnęło zenitu. Po chwili namysłu Atekas postanowił powiedzieć, że sam też był niewolnikiem, ale udało mu się uciec i w taki sposób został kupcem. Słowa te zdecydowanie poruszyły Alemastrę. Zaczęła ona coraz bardziej zbliżać się do Atekasa.  Gdy rozmawiali dalej jej już prawie stykały się ze sobą. „Czy mi się zdaje czy ty próbujesz mnie pocałować?” spytał się zmieszany, aczkolwiek podniecony Atekas. „Powiedziałeś, że nie chcesz mojego ciała, a gdybym dała ci je w prezencie?” spytała się odpowiadając i stapiając swoje usta z jego ustami. Rzuciła się na niego kładąc na sofę cały czas całując. „Ale ja nie wiem co mam robić” powiedział lekko przestraszony Atekas „Ja się wszystkim zajmę kochanie, w końcu to moja praca.” Kobieta zaczęła odpinać guziki koszuli Atekasa nie przestając go całować. Sam Atekas poczuł coś czego nie czuł nigdy wcześniej. Niebywałą rozkosz i szczęście, ale i także nieziemskie podniecenie. Zaczął wczuwać się w swoją rolę sam zaczął odpinać swoją koszulę, by ją na koniec zdjąć. Kobieta zsunęła z ramion suknię i oto przed Atekasem pojawiło się nagie ciało kobiety w pełnej okazałości. Atekas szybko zdjął spodnie i oboje się rzucili na łóżko. „Czy zawsze odczuwa się to dziwne uczucie napięcie w okolicach krocza?” po raz kolejny spytał. „Ależ oczywiście, to jest część ludzkiej natury. Ale teraz nic nie mów. Na pewno nigdy nie zaznałeś miłości z kobietą jako niewolnik.” Atekas na początku kompletnie nie wiedział co robić, więc Alemastra mówiła mu co i jak. Aż w końcu zaczął rozumieć w czym rzecz i zaczął działać samodzielnie. Po kilku orgazmach i wielu godzinach rozkoszy oboje zasnęli. Następnego dnia z rana Alemastra obudziła Atekasa delikatnymi pocałunkami i przekonała do porannej dawki miłości. Po porannym stosunku, dalej leżąc w łożu znowu zaczęli rozmawiać. Alemastra mówiła coś o tym, że w Atekasie poczuła po raz pierwszy niejaki żar, którego nie dostrzegała w innych. Powiedziała też coś w stylu. „Było mi z nimi zimno jak w kraju z którego zima nie odchodzi.” Wtedy też Atekas dostał olśnienia. Wszyscy poszukiwacze szukali w złym miejscu. Zima nigdy nie przychodzi tylko tam skąd nigdy nie odchodzi. „Jesteś genialna.” Powiedział do Alemastry rzucając się na nią i obrzucając namiętnymi pocałunkami. „Jeśli chcesz możesz płynąć ze mną.” Powiedział. Ona odpowiedziała mu, że z miłą chęcią ucieknie z tego miejsca. Atekas nocą cichcem przemycił Alemastrę do swojej kajuty i po dwóch następnych dniach ogłosił, że już wie gdzie należy płynąć. Wszyscy byli zdziwieni ale się zgodzili Atekas i Alemastra stali się namiętnymi kochankami i po jakimś czasie żeglarz przestał to ukrywać. Jako, że był najstarszy z byłych niewolników, miał klucz do zbrojowni i kilku lojalnych ludzi, na pokładzie nie wybuchł żaden bunt. Podczas jednej z rozmów z Atekasem Alemastra powiedziała mu, że dał jej to czego nigdy wcześniej nie znała, uczucie. Szczęście nie tylko cielesne, ale i duchowe. Nigdy wcześniej tego nie czuła. Od razu gdy zaczęły pojawiać się jej kobiece atuty, czyli już w wieku dwunastu lat została wykorzystywana jako prostytutka dla najmłodszych. Jej najmłodszy klient, Sun bogatego kupca miał zaledwie trzynaście lat gdy zasmakował miłości cielesnej z kobietą-dziwką. Teraz ma już szesnaście lat i w towarzystwie stręczycieli i ludzi korzystających z usług stręczycielstwa jest uznawana za kurtyzanę, wyrafinowaną, drogą dziwkę. To się miało zmienić za sprawą jej wybawiciela Atekasa. Gdy żeglarze dopłynęli do zielonej wyspy zaczęli się zastanawiać gdzie to może być? Według legend Tiguryn odkrył wyspę na północ od Brytanii. Możnałoby to sprawdzić. Tak więc kompania wyruszyła na północ. Po kilku dniach rzeczywiście odkryli ląd. I to nie byle jaki. Był środek lata a na wyspie była zima. Pod wieczór dobili do brzegu. O świcie zbudzili ich mieszkańcy wyspy. Nie wyglądali na niebezpiecznych, wręcz przeciwnie. Byli wyjątkowo przyjaźnie nastawieni. Poprowadzili poszukiwaczy do swojego miasta. Miasto było całkowicie zbudowane z wulkanicznej skały, a wszystkie narzędzia wykonane z czarnego wulkanicznego metalu. Mieszkańcy zaprowadzili ich do jak gdyby świątyni. A w świątyni stał… Kielich, drewniany kielich z wyrytym imieniem „Tigur Nodyn” żeglarze byli wniebowzięci. Mieszkaniec w końcu odezwał się w zrozumiałem dla Atekasa języku. „Przybywasz tu jako pretendent tytułu króla piratów jak ongi młody Tigur z Brytanii przybył na tę wyspę jeszcze jako zagubiony rozbitek. Powiedział, że gdy nadejdzie czas kolejna osoba przypłynie na wyspę i odbierze ten kielich w którym została poświęcona moja dusza.” Legendy okazały się być prawdą. Legendarny Kielich Tigura zwanego Tigurynem. To dzięki niemu Atekas rozumie co mieszkaniec do niego mówił. I rozumie wszystko to co mówią do niego mieszkańcy. Wie także, że występujący tu rzadki metal jest niezwykle mocny i cenny. Przed wyjazdem kazał dla każdego poza najemnikami którzy pozostali na okręcie wykuć miecz z czarnego metalu. W prezencie Atekas otrzymał jeszcze mapę do zachodniej krainy. Czas na drogę powrotną. Jednakże ta nie okazała się być taka łatwa. Gdy podróżnicy dopłynęli do wybrzeży zielonej wyspy dopadli ich wysłannicy z Guiportu w celu odzyskania Alemastry. Przypłynęli w trzy okręty. Atekas kazał otworzyć zbrojownię i przekazać broń najemnikom i wioślarzom. Swojemu przyjacielowi, piętnastoletniemu Utikusowi nakazał pilnować Alemastrę, a sam ruszył do walki. Poczuł w sobie dzikość lwa, przebiegłość lisa i siłę niedźwiedzia. Zadawał tak potężne ciosy, że niektórzy przeciwnicy byli przecinani w pół. Nie oszczędzili nikogo, poza tymi którzy się poddali. Reszta została wybita, a kapitan został wzięty do niewoli. Piraci przejęli okręty wroga i w takim stanie dopłynęli do Guiportu, gdzie wypuścili jeńców poza kapitanem i zaczęli poszukiwać chętnych do dołączenia do floty pirackiej. Znaleźli wielu. Po trzech dniach byli gotowi do wypłynięcia. Ale ktoś ich znowu zatrzymał. Był to wściekły szlachcic wraz z małą armią. Atekas sam zszedł na ziemie i powiedział do tłustego szlachcica: „Kobieta jak i okręty są już moje.” Po czym okazał mu kielich Tiguryna i miecz za czarnego metalu. A szlachcicu nie zrobiło to wielkiego wrażenia więc Atekas powtórzył głośniej. Ale z taką mocą, że szlachcic i jego armia się poobalali. Wszyscy się przestraszyli i uciekli. A tłuściutki szlachcic zagroził Atekasowi, że jeszcze go znajdzie. Atekas niebardzo się tym przejął i wszedł na pokład. Popłynęli prosto na wyspę piratów. Na miejscu zastali wściekłych hersztów, którzy chcieli wydać im bitwę. Atekas ponownie użył potęgi swojego głosu by ich uciszyć. Poszedł do najwyższego pałacu do najwyżej izby w której już od kilkuset lat nie było nikogo, postawił na stole kielich Tiguryna i wezwał wszystkich hersztów na naradę. Nie mieli wyboru, musieli się stawić w najwyższej izbie przy podłużnym stole. Było ich piętnastu. Atekas zaczął przedstawiać im plan ataku na  Sycylię. Jednakże ten pomysł niezbyt podobał się niektórym z hersztów. Zwłaszcza, że właśnie rozkazywał mu jego niedawny niewolnik. Ale i ten dał się przekonać gdy Atekas jednym słowem wywalił go z krzesła. Gdy Atekas wraz z hersztami ruszył do portu by przysposobić się do inwazji, jeden z gapiów powiedział: „Oto świat odkryje, że nawet najmniejsi mogą stać się największymi.”

IV

Jakie życie jest piękne… zwłaszcza jest się pięknym młodym i bogatym. A jeszcze lepiej gdy jest się wiecznie młodym, wiecznie pięknym i wiecznie bogatym. Jak na przykład Alexandr Draculesti. Tak, Alexandr jest wampirem. Bardzo, bardzo starym wampirem. Jednak jego życie nie ogranicza się do polowania na niewinne ofiary, nie. On zawsze pragnął i wciąż pragnie od swego nieżycia więcej. Nie bawią go typowo wampiryczne zabawy jak na przykład polowanie na dziewice. On zamiast wysączać z nich krew, woli wysączać z nich ich cnotę. Nie wykorzystuje w tym celu żadnych wampirycznych zdolności. Alex jest urodzonym zdobywcą… kobiecych serc. Po świecie szwendają się tysiące jego bękartów. Pół ludzi pół wampirów. Niektórzy nazywają je lampirami, lub nampirami. Alex zamiast oddawać się wamiprzej żądzy krwi, woli się oddać swoim hedonicznym żądzom. Błąka się po świecie szukając nowych wyzwań jak na przykład namawianie do niewierności żon, pozbawianie dziewictwa córek wielkich panów, lub zachęcanie do złamania ślubów kapłanek. Jest jedną z najbardziej poszukiwanych osób na całym świecie, lecz zawsze pod innym imieniem. Nikt nie zna jego prawdziwej tożsamości ani natury. Pewnego dnia, później jesieni postanowił zawitać do kraju Ugrów. Nugrai. Dowiedział się, że pewien szlachcic pragnie wydać swoją córkę za mąż. Idealne wyzwanie dla Alexa. Młoda, prawdopodobnie śliczna i dziewicza, do tego wydawana za mąż. Pięknie. Tak więc Alex przybył do stolicy kraju. N’Iuaszkaver. Od razu zaczął od podstawowych spraw jak rozpytanie się o ofiarę. Oczywiście tu już używał swoich zdolności. Dowiedział się gdzie mieszka, jak wygląda jej dom… i najważniejsze dowiedział się o niej samej. Piękna, siedemnastoletnia, brązowowłosa, średniego wzrostu, szczupła. Takie jakie Alex lubi najbardziej. A najbardziej Alexowi się spodobało to, że najprawdopodobniej zachowała jeszcze swą cnotę. Alex postanowił udawać złodzieja. Zakradł się do okna Nimedrieli, bo tak się nazywała owa kobieta, co nie okazało się być trudnym zadaniem, ponieważ strażnicy zostawiali wiele do życzenia. Obserwował ją jakąś chwilę stwierdził, że zaproszony do środka i tak nie wejdzie. Zmusił więc jednego ze strażników, by go wpuścił. I tak się stało. Poobserwował ją jeszcze jakąś chwilę. Grała na harfie ubrana już w nocną suknię z białego lekkiego materiału. Poczekał aż uśnie. Po kilkudziesięciu minutach usnęła. Więc przeszedł do dzieła. Wszedł do jej pokoju i po cichu zaczął zbierać cenne przedmioty. Jeden z nich niby niezdarnie upuścił tak by zbudził z wątłego snu dziewczynę. Tak też się stało. Lekko przestraszona zaczęła się rozglądać po pokoju i pytać się co się dzieje. Alex udał spłoszonego wyrzucił wszystko z rąk i podbiegł do okna. Pokój Nimedrieli usytuowany był na trzecim poziomie. Udał, że zwątpił i poczekał aż ta zapali świecę. Nie musiał czekać długo. Dziewczyna spytała się kim jest, on udawał przestraszonego złodziejaszka i zaczął ją błagać by nie oddawała go straży. Następnie zaczął prawić komplementy jej wdziękom, urokowi i pięknym rysom twarzy wymigując się, że tak piękna kobieta nie powinna być zbyt surowa. Następnie udawał, że nie chciał tego robić, ale jego pracodawca by go zabił. I znowu zaczął prawić jej komplementy wymigując się. Dało skutek. Dziewczyna się zaczerwieniła i zaczęła mówić, że taki przystojny mężczyzna nie powinien być, złodziejem i zakradać się cichcem do pokojów dam. Następnie zaczął mówić, że powinien już iść, ale ta go zatrzymała odwracając go w swoją stronę. Powiedziała, że jeśli przybył tu coś jej ukraść to powinien to zrobić. Zaczął się rozglądać po pokoju co by mogło zadowolić jego wymyślonego szefa, a gdy odwrócił się by przedstawić jej jakikolwiek przedmiot i spytać się jej czy może być, ona zaczęła zdejmować suknię i powiedziała: „Możesz skraść mi moje dziewictwo.” Alex oczywiście nie odmówił. Przeszedł do dzieła. Gdy dziewczyna zdjęła wierzchnie ubranie ukazało mu się idealne ciało młodej kobiety z idealnymi kobiecymi kształtami. Szeroka w biodrach, wąska w talii, piersi nie za małe nie za duże i ogólna nie za gruba nie za chuda sylwetka. Idealna. On też zaczął pozbywać się wierzchniego ubrania i przeszedł z nią do łoża. Alex zdecydowanie nie należał do bezmyślnych gwałcicieli którym zależy jedynie na władowaniu jak największe ilości nasienia w drogi rodne kobiety. Alex wolał dać kobiecie maksimum przyjemności i rozkoszy. Zaczął powoli od delikatnych pieszczot i lekkich pocałunków na całej powierzchni ciała. Aż doszedł do jej ust i zaczął ją namiętnie całować. Jej się to zdecydowanie podobało. Następnie przeszedł do jednej z ulubionych czynności w trakcie erotycznej ekstazy. A mianowicie do miłości galijskiej. Zaczął najpierw delikatnie całować jej łechtaczkę. Następnie przeszedł do lekkiej penetracji jej pochwy za pomocą języka. Gdy zauważył, że dziewczyna zaczyna się rozpływać w seksualnej rozkoszy zaczął coraz mocniej i do dzieła przeszły dłonie. Wsunął dwa palce w miejsce wilgoci i zaczął powoli i miarowo penetrować wnętrze Nimedrieli. Bardzo szybko doprowadził ją do pierwszego orgazmu. Gdy dziewczyna wróciła na chwilę do świata żywych powiedziała: „Zrób to w końcu! Ukradnij najcenniejszą rzecz w moim pokoju! Odbierz mi wreszcie cnotę!” Alex nie zwlekał długo z wykonaniem rozkazu. Jednakże pieszczenie i dopieszczanie kobiet było dla niego jak picie miodu i bijatyki dla Norga. Gdy już w końcu postanowił sfinalizować rozkaz, usiadł, chwycił ją za talię i posadził na swoich biodrach. Wyraz twarzy i uśmiech rozkoszy z pewnością potwierdziły, że nocny złodziejaszek zdobył swój łup. Kochał się z nią całą noc pieszcząc i dając mnóstwo przyjemności i rozkoszy. Nadszedł świt, Alex stwierdził, że już czas na niego. Młoda kobieta nie chciała, żeby on ją opuszczał, więc spędzili jeszcze dobrą godzinę stojąc przy oknie i całując się dziko i namiętnie. Fakt, że on był już w pełnym ubraniu, a ona naga całkowicie jej nie przeszkadzał, gdyż w dalszym ciągu mógł się zająć pieszczeniem jej młodego idealnego ciała. Podczas gdy ona siedziała na krześle, a on wykonywał miłość galijską do pokoju wszedł ojciec dziewczyny. Ona dopiero po chwili zorientowała się co zaszło, a Alex osunął się od łona Nimedrieli, założył zawadiacko kapelusz, uśmiechnął się szyderczo i wyskoczył mówiąc w myślach dziewczyny: „Byłaś pierwszą która dała mi tyle radości.” W tych słowach nie było kłamstwa. Rzeczywiście ta dziewczyna pokazała mu, że miłość fizyczna ma jeszcze przed nim wiele tajemnic. Ona była przykładem czystej pasji. Postanowił, że do tej jeszcze wróci, ale dopiero jak zgubi pościg, bo wściekły ojciec od razu kazał wysłać za Alexem strażników, a dziewczynę kazał zamknąć w najwyższej wieży swojej willi. Pościg nie trwał długo. Ścigali go zaledwie kilka godzin. Zapuścił się z nimi w las zauroczył i po kolei zaczął wysysać tyle krwi ile było mu potrzebne do przeżycia. Po pożywieniu się kazał im wrócić do ojca i powiedzieć mu, że zbój uciekł. Więc Alex postanowił pójść do karczmy by napić się ulubionej Ugryjskiej whisky. W karczmie spędził kilka godzin, a później dni i dowiedział się, że mimo wszystko doszło do zaślubin Nimedrieli. Teraz mieszkała ona w zamku kilka godzin drogi od stolicy. Alex nie marnował czasu. Przez kilka dni rozglądał się po zamku jako sługa. Po jakimś tygodniu postanowił, że wyśle męża na ważne spotkanie do drugiej części zamku, a on sam znowu odwiedzi dziewczynę która dała mu tyle szczęścia. Jak postanowił tak zrobił. Zaaranżował całe spotkanie i zmusił uczestników do tego by spędzili na nim cały dzień i całą noc. Służbę namówił do tego, aby nie zbliżała się do skrzydła żony, a sam tam poszedł. Gdy wszedł do jej pokoju zobaczył jak ona siedzi przy swojej harfie grając jakąś smutną melodie i płacząc okrutnie. Gdy go zobaczyła od razu się ucieszyła i rzuciła na niego szepcząc mu do ucha: „Nie kocham tego człowieka, kocham ciebie. Uwolnij mnie od niego zabij go.” I już głośniej „Nie wytrzymam z nim ani chwili dłużej, on nie docenia mnie, zakazuje grać mi na harfie, prawie w ogóle na mnie nie patrzy, nie kocha mnie, nie pożąda mnie, czekałam na ciebie, chciałam się zabić, przyszedłeś. Zostań ze mną! kochaj mnie! kochaj mnie!” Alex obtarł łzy z jej policzka i powiedział, że nie będzie łatwo wykonać jej prośby. Usiedli oboje na łożu. Następnie powiedział jej, że mąż jest na ważnym spotkaniu i nie będzie jej nie będzie ich niepokoił, podobnież powiedział o służbie. Mieli cały dzień dla siebie. Rozmawiali długo ze sobą. Ona mówiła, że nie była szczęśliwa w swoim domu dopóki nie pojawił się on w jej pokoju. Mówiła, że nie czuje się szczęśliwa w nowym domu. Mówiła żeby on ją stamtąd zabrał i żeby razem uciekli. Alex postanowił zaaranżować romans męża z jedną ze służek o czym ona nic nie wiedziała. Gdy się go spytała, nad czym on tak rozmyśla, zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem i ponownie zaczęli rozpływać się w rozkosznej ekstazie. Po kilku godzinach nieziemskiej przyjemności Nimedriela postanowiła zagrać coś radosnego na harfie. Zagrała kilka znanych utworów i znowu zaczęli rozmawiać, o sytuacji na świecie, o literaturze, sztuce, kuchni, muzyce, nowościach i o filozofii. Dziewczyna okazała się być nie tylko nieziemsko piękna, ale też bardzo inteligentna i wykształcona. Gdy nadszedł wieczór, Alex postanowił się wykazać swoim kunsztem kucharskim i w kuchni w której z kucharza i będącej tam służby spił troszkę krwi, przygotował przepyszne galijskie Nounde d’Arima, danie które kilkaset lat temu stworzył jakiś galijski kucharz, a którego wampir się nauczył. Wziął jeszcze butelkę dobrego wina i poszedł do kobiety. Musiał się przełamać i spróbować normalnego jedzenia. Ciężko mu szło, ale fakt, że dla siebie wziął jeszcze flaszkę czystego alkoholu którą wypił przed wejściem do pokoju nieco zneutralizował ohydny dla niego smak jedzenia. Za to ona bardzo ochoczo spożywała kolejne kęsy potrawy. Po posiłku przeszli znowu do rozmowy. Zaczęli rozmawiać o historii, geografii i matematyce. Gdy dzień miał się już ku końcowi, Alex postanowił znowu dać dziewczynie to czego ona od niego pragnęła najbardziej. Kochali się długo. Mogliby jeszcze dłużej, ale jako, że Nimedriela była kobietą zmorzył ją sen. Alex ucałował ją w czoło, posprzątał cały pokój i zdjął urok ze służby i męża. Wszyscy najzwyczajniej w świecie przeszli do swoich obowiązków. Gdy mąż przyszedł o pokoju żony zastał ją śpiącą nago w łożu. Nawet jej nie dotknął. Dziwny człowiek. Alex zaczął planować piekielną intrygę przeciwko mężowi. Wszystkie przygotowania zajęły mu jakiś tydzień. Podczas gdy żona wracała do domu, mąż zdradzał ją ze służką. Gdy otworzyła drzwi sypialni ujrzał jak ona siedzi na nim. Wybiegła z płaczem z zamku i poskarżyła się ojcu, że mąż nie chciał się kochać z nią tylko z jedną ze sprzątaczek. Ojciec porządnie się zdenerwował. Wysłał do zamku sędziego i detektywa. Nie wszystko poszło zgodnie z planem Alexa. Mąż rzeczywiście musiał wyrzec się wyrzec żony co oznaczało, że była ona wolna, ale detektyw dostrzegł minimalny detal. Niewielkie blizny na szyi służki. Poinformował wszystkich, że w okolicy czai się wampir. Ojciec znowu się potężnie, tylko tym razem, wkurwił. Przypomniał sobie, że osoba którą zastał ze swoją córką w jej pokoju miała odznaczające się kły. Za Alexem od razu ruszyły listy gończe, a Nimedriela jeszcze bardziej zaczęła pożądać wampira. Alex postanowił, zaaranżować porwanie dziewczyny zostawiając przy tym masę śladów prowadzących do miejsca które sam wybrał. Jak postanowił tak uczynił. Porwał młodą kobietę z jej pokoju i umieścił ją w opuszczonym domku w lesie nieopodal N’Iuaszkaver, a ślady poprowadził do wsi godzinę drogi od miasta. Pościg ruszył właściwym tropem i przybył dokładnie w porę i dokładnie w miejsce które wybrał cwany wampir. Stanął na środku wsi w swoim zawadiackim kubraku i kapeluszu, rozłożył dłonie na boki i pochylił głowę, jakby z uniżeniem przyjmował gości do swojego domu. Ugrowie z pościgu szybko przygotowali kusze i osinowe kołki. Każdy z ich miał fiolkę z olejem lnianym który według alchemików działa osłabiająco na wampiry. „No czekam” powiedział z pogardą w głosie Alex. Łowcy nie kazali prosić się dwa razy. W stronę wampira poszybowało dwadzieścia bełtów. Żaden nie chybił. Alex padł na ziemię pokłuty metalowymi grotami. Członkowie pościgu podeszli do nieboszczyka i wbili mu kołek osinowy w serce. Żadnego z nich nie zdziwiło, że wampir stał w pełnym słońcu i nic mu się nie działo. Zadowolenie łowcy wampirów powrócili do miasta i dali raport detektywowi. Detektyw ostro ich ochrzanił za to, że nie mają jego głowy i postanowił wrócić po niego wraz z trzema innymi łowcami. Spodziewał się znaleźć kupkę popiołu, a okazało się, że miał ujrzeć co innego. Ujrzał trupa przebitego bełtami i kołkiem. „To nie ten idioci!” Jak mogliście się pomylić? Szybko bieżcie tego trupa i szukajcie dalej!” W momencie w którym dwaj łowcy podeszli do zwłok i chwycili je kolejno za ręce i za nogi stało się coś niebywałego. „Rzeczywiście jesteście idiotami” powiedział trup do Ugrów. Żaden z nich nie zrozumiał o co chodzi. „Jak tacy idioci mogą chodzić po ziemi?” powiedziały znowu zwłoki, ale tym razem jeden z nich zwrócił na to uwagę. „T-t-t-to żyje!” krzyknął. „Aleś ty bystry półgłówku” zaszydziły zwłoki. Oboje łowcy prawie jednocześnie puścili nieboszczyka. „To tak się traktuje zmarłych w waszym kraju?” kolejny raz odezwało się truchło. Po czym wstało. Widok ten zszokował detektywa. „A-ale jak?” spytał się. „Czy ty myślałeś, że masz do czynienia ze zwykłym słabym wampirem łowco? Dość mało wyedukowany jesteś jak na takiego bystrzyka” powiedział przed-chwilą-martwy Alex wyciągając przy tym kołek z serca. Przeklinał później, że nienawidzi jak ktoś mu niszczy ubranie. Będąc poprzebijanym bełtami zaczął mordować łowców zostawiając przy życiu jedynie detektywa. „Ciebie zostawię przy życiu byś mógł przekazać panu, że zaszczycił go swoją obecnością Alexandr Dracul, brat Vladislava Dracul że jego córce będzie ze mną lepiej aniżeli z tym półgłówkiem którego wcześniej  zwykła zwać mężem” Po czym po prostu zniknął. Tak naprawdę to szybko pobiegł do domku w lesie. Spotkał tam zaniepokojoną Nimedirelę. Ona zaczęła mu mówić, że chce się stać wampirem tak jak on i żyć z nim do końca świata. On powiedział jej ze spokojem, że będzie wampirem kiedy to za dziewięć miesięcy wyda na świat jego dziecko.

V

W Mytialeigh już dawno nie było tak spokojnie jak pewnego dnia późnej jesieni. Przez cały dzień nie spadła ani jedna kropla deszczu. Przez cały dzień wiatr był niebywale spokojny. Do miasteczka nie przybył nikt podejrzany. Nikt nie przybył. W całym miasteczku nie doszło do ani jednej bójki, ani jednej kłótni. Wszyscy spokojnie wiedli żywot tego dnia. Ich niezwykle spokojną egzystencję przerwało przybycie podróżnika w białej szacie. Jechał na krytym wozie podśpiewując i ćmiąc swoją fajkę. Na głowie miał szpiczasty kapelusz. Nikt nie wie dla czego ci czarodzieje noszą te dziwne kapelusze. Wszystkich wesoło pozdrawiał i podjechał do domu miejscowego dziwaka. Był to mały elf. Podobno potrafił mówić ze zmarłymi, dla tego uznano go za dziwaka. Czarodziej wesołym krokiem podszedł do drzwi elfa i zapukał. Elf był znany ze swej wybitnej niegościnności. Ale z czarodziejem się bardzo emocjonalnie przywitał i zaprosił do środka. Wewnątrz prowadzili rozmowę na temat celu ładunku i celu podróży czarodzieja. Jak się elf dowiedział czarodziej wiezie starożytne kamienne tablice do równie starożytnego kamiennego kręgu, a elf ma go tam zaprowadzić. Jak postanowiono tak wykonano. Elf zaprowadził czarodzieja do kręgu a sam poszedł do lasu na grzyby. Czarodziej zaczął rozładowywać kamienne tablice i stawiać odpowiednio do kamieni z kamiennego kręgu. Ustawianie tablic tak go wciągnęło, że nie zauważył, że elf gotuje zupę grzybową na obiad trzy dni później. Ale i tak nie przyporządkował wszystkich. Nie dość, że są cholernie ciężkie to jeszcze trzeba sprawdzać kilka razy czy to na pewno dobry kamień. A dość ciężka to sprawa, ponieważ treść na tablicach i kamieniach zapisana jest w nieznanym, równie starożytnym języku. Jednak żadna z tych rzeczy nie zniechęciła wesołego czarodzieja który w dalszym ciągu ćmił swoją fajkę i śpiewał sobie najróżniejsze piosnki. Po kilku dniach ustawiania elf w końcu się spytał po co on tak właściwie ustawia te tablice. Czarodziej odpowiedział, że to jest ostatni krok by poznać tajemnice tego języka i mocy w nim ukrytej. Jeśli czarodziej dobrze przyporządkuje tablice do kamieni to ujarzmi starożytnego boga który spętany tablicami nie będzie mógł zrobić nikomu krzywdy a sam będzie zmuszony wykonywać wolę tego kto go spętał. Po tym jak wyjaśnił elfowi swoje zamiary nabił kolejną porcję fajkowego zioła do swoje je fajki i zaczął śpiewać kolejną piosnkę.  Podszedł do jednej z ostatnich tablic i zaczął szukać odpowiedniego miejsca dla niej. Po tygodniu ustawiania tablic czarodziej stwierdził, że czas odpocząć. I wtedy elf się spytał skąd czarodziej to wie i skąd ma te tablice? Czarodziej odpalił następną porcję ziela i zaczął opowiadać. „Gdy byłem jeszcze młodym i gniewnym uczniakiem usłyszałem o tym, że istnieje starożytny język który pozwala manipulować światem za pomocą samych słów. Od tamtej pory szukam wszystkiego na ten temat. Na pewno wiesz kim był Tiguryn? Podobno on znał słowa zdolne do powalenia rosłego mężczyzny, a nawet całej grupy mężczyzn. Więc stwierdziłem, że gdzieś musi być odpowiedź na moje pytania. Na szczęście byłem też zdolnym uczniem więc dostanie się na Uniwersytet Lindogardzki nie było większym problemem. Tam zacząłem studiować historię magii. Nigdy nie byłem zdolnym czarodziejem, ale za to na temat teorii i historii magii wiem więcej niż niejeden potężny czarodziej. Dzięki temu po ukończeniu studiów i opublikowaniu przeze mnie dzieła pod tytułem „Historia Magii” zacząłem otrzymywać zaproszenia na wykłady historyczne na wielu uniwersytetach. Jednakże mnie interesował tylko jeden uniwersytet. Theogard. Tam znajduje się największa biblioteka na całym znanym świecie. Po kilku latach przebywania w Theogardzie otrzymałem propozycję wykładania historii magii na uniwersytecie. Nie odmówiłem. Musiałem jakoś zarabiać na swój pobyt. Biblioteka stała się moim domem. Spędzałem tam całe dnie przychodząc tylko na wykłady. Moje poszukiwania okazały się owocne. Jednakże był mały problem. Księga która mnie interesowała była pod ścisłą ochroną, ponieważ zawiera informacje mogące być niebezpieczne dla dobra całego świata. Sposób w jaki Qanterowie uciekli z naszego planu na inny. Sposób w jaki bramy do innego świata są zapieczętowane i ważniejsze. Ich umiejscowienie. Zdobycie jej nie było łatwe. Musiałem skontaktować się z moim znajomym czarodziejem, specjalistą od łamania barier antymagicznych. Gdy przybył poinformował mnie, że to nie będzie takie proste… ponieważ barierę można zdjąć tylko od wewnątrz. Powiedział mi jeszcze, że może być pewien przedmiot klucz, dzięki któremu można otwierać tę barierę. Wiedziałem, że pierścień dyrektora biblioteki był podejrzany. Poinformowałem więc mojego znajomego fałszerza magii, by sprawdził czy może skopiować zaklęcie z pierścienia. Powiedział, że może spróbować. Poszedł do dyrektora w celu dowiedzenia się czegoś więcej na temat historii biblioteki. Gdy podawał dłoń dyrektorowi zaklęcie które rzucił na własną dłoń skopiowało zaklęcie z pierścienia dyrektora. Okazało się ono jednak takie trudne i skomplikowane, że stwierdził on, że prawie niemożliwe jest znalezienie osoby która by rzuciła to zaklęcie. Okazało się, że znam taką osobę. Potężny czarodziej który jest znany z tego, że potrafi rzucić nawet najcięższe i najstarsze zaklęcie. By poznać treść zaklęcia wykonał z fałszerzem rytuał w którym fałszerz podzielił się swoją znajomością zaklęcia. Potężny czarodziej stwierdził, że rzucenie tego zaklęcia będzie jednym z największych wyzwań z jakim było dane mu się zmierzyć. Zaklęcie to miało tak skomplikowaną treść, że będąc laikiem można było popaść w obłęd od samego czytania. Pojechałem więc z potężnym czarodziejem do mojej rodzinnej krainy zwanej Walią. Z historii wiem, ze nazwa pochodzi od legendarnego czarodzieja Wala. Tam znaleźliśmy ruiny w lesie i potężny przeszedł do rzucania zaklęcia na mój pierścień. Rytuał rzucania zaklęcia trwał aż trzy tygodnie. Wyczerpany potężny stwierdził, że należy mu się rok przerwy od rzucania zaklęć. Gdy już byłem w posiadaniu pierścienia zdolnego do przełamania bariery wróciłem do Theogardu. Gdy już posiadłem księgę i powróciłem do domu pojawił się kolejny problem. Księga była zapisana w starożytnym języku elfów którego nie znam. Zaprosiłem więc kolejnego czarodzieja, specjalistę od starożytnych tekstów i języków. Bardzo chętnie się zgodził i przybył w zaledwie cztery dni. Gdy zobaczył księgę zamarł na chwilę. Po raz pierwszy widział oryginał starożytnej księgi elfów. A gdy zobaczył wnętrze zamarł ponownie. Po raz pierwszy widział oryginalny tekst starożytnych elfów. Stwierdził jednak, że musi się przygotować, bo czytając księgi starożytnych elfów można oszaleć. Przykładem jest Szalony Ylbast który w akcie szaleństwa zamienił swoją żonę w kurę, a dom w budę. Poczekałem kilka dni aż się przygotuje i w końcu mogłem się dowiedzieć tego czego chciałem się dowiedzieć. Z księgi mój znajomy dowiedział się, że istnieje piętnaście kamiennych tablic na których zapisane są zaklęcia starożytnej rasy Tauterintów. Podał mi ich lokalizację gdy znalazłem wszystkie, czyli po trzydziestu trzech latach powróciłem do swojego znajomego który wykonywał kopie tej księgi. Tak się złożyło, że miał przy sobie już dwie kopie, a trzecią już skopiował niemalże w połowie. Przekazał mi kolejną informację. Musiałem znaleźć starożytny kamienny krąg który jak się okazało jest tutaj. Tak się składa, ze mam przy sobie część przetłumaczonego tekstu i dokładnie w nim widać, że każda tablica i każdy kamień ma nałożony na siebie magiczny znak który pasuje tylko do innego znaku. Każda tablica jest określona do odpowiedniego kamienia. Szesnasty kamień po środku musi być pusty. Tak więc powróciłem do ojczyzny i przybyłem tutaj. Mój znajomy podobno powędrował do zachodniej Galii w okolice gór by być bliżej jednego z potężnych źródeł magii i znaleźć spokojne miejsce do dokładnego studiowania księgi. I oto jestem tutaj. Jeszcze jakieś pytania?” Elf zaprzeczył i oboje położyli się spać. Następnego dnia z rana czarodziej znowu zaczął ustawiać tablice. Po dwóch tygodniach ustawił już aż pięć tablic. Elf prawie codziennie gotował zupę grzybową i od czasu do czasu wracał do swojego domu nakarmić swojego pupilka, wielkiego szczura. Aż nastała zima. Wtedy po kontemplowaniu tablic czarodziej wracał do domu elfa. Po ośmiu tygodniach. Czarodziej ustawił już trzynaście tablic. Tak więc została mu tylko jedna, a druga logicznie trafi na jedyne wolne miejsce. Była już wiosna. Połowa wiosny. Do czarodzieja doszły wieści o tym, że jakaś wioska w zachodniej Galii przy górach i dolinie rzecznej została spalona i nikt nie wyszedł z niej cało. Wśród zgliszczy można było odnaleźć jego imię. Unbarald. I dopisane do niego. „Księga kłamie.” Jednakże tego już się nie dowiedział. Główną przyczyną pożaru był atak ognia z księgi. Podobno czarodziej rzucił zaklęcie które miało otworzyć bramę do planu ognia. Otworzył bramę. Ogień wylał się i spalił całą okolicę. Czarodziej umarł, a księga się spaliła. Była to na szczęście jedna z kopii. Tuż przed śmiercią czarodziej wysłał do Unbaralda magiczny sygnał, również z księgi. Było to jedno z niewielu dobrych zaklęć z księgi. W magicznym sygnale zawarta była informacja na temat miejsca ukrycia księgi, jej kopii i tłumaczenia. I ostrzeżenie „Księga kłamie” Jednakże sygnał został wysłany do domu Unbaralda, a nie do niego samego. Tak więc Unbarald kontynuował ustawianie tablic. Po następnych pięciu dniach w końcu mu się udało. Zaczął wypowiadać zaklęcie z kartki którą dał mu jego przyjaciel. Na jego szczęście popełnił malutki błąd w wymowie. Zamiast powiedzieć „khaanu” uwolnić, powiedział „khanu” uwięzić. Tak więc osiągnął swój cel. Uwięził w kamiennym kręgu starożytnego boga. Pogoda zrobiła się niezwykle ponura, a kamień na środku zamienił się w więzienie dla Untu, Tautrinckiego boga bestyj i twórcy języka potężnych Tauterintów. Mogło by się wydawać, że potężny bóg powinien być wściekły, że ktoś go uwięził, ale nie Untu. Untu był zdziwiony, zaskoczony i zdumiony. Ale nie wściekły. Zaczął się pytać we wszystkich językach świata o imię Unbaralda. Unbarald powiedział mu jak się nazywa i odpalił swoją fajkę. Usiadł przed kamieniem w centrum kręgu i zaczął gadać coś sam do siebie. O tym, że jego marzenie w końcu się spełniło i podobne banały. Untu wreszcie zapytał się jak to się stało, że zaklęcie które miało go przywołać, spętało go w tym kręgu. Unbarald również się zdziwił. Czarno na białym miał napisane, że zaklęcie to służy do spętania boga. Untu wyjaśnił mu, że gdy tysiące lat temu został zmuszony do ucieczki i w księdze którą myślał, że zdobył Unbarald zostały zapisane zaklęcia pieczętujące i inne zaklęcia magii pomagającej w walczeniu z uciekinierami, chytry Untu wysłał swoje bestie by te dostarczyły księgę do potężnego elfa i zmusiły go do zmienienia lekko treści zaklęć. Następnie kazał go zabić, a księgę zakopać gdzieś daleko. I zaczęła się debata między potężnym bogiem, a wesołym czarodziejem, specjalistą od historii magii. Gdy Unbarald się spytał czy bóg nauczy go języka bestyj, ten spytał się go tylko czy jest gotowy. Czarodziej odpowiedział, że sześćdziesiąt lat czekał na to. I tak właśnie zaczęła się nauka Unbaralda. Znudzony Untu i tak nie miał innych spraw na głowie więc stwierdził, że upór jakim wykazał się czarodziej jest godny podziwu. Poświęcił całe swoje krótkie życie na to by pojąć język który stworzył bóg. Bardzo to schlebiało bogu więc nauka szła sprawnie. Jednymi z pierwszych słów jakich nauczył się Unbarald były słowa dotyczące znikania, aby nie wzbudzać zbyt wielkiej sensacji i ukryć kamienny krąg. W między czasie Untu opowiadał czarodziejowi o historii świata sprzed ludzi, elfów a nawet Qanterów. O historii świata gdy rządziły nim Tauterinty. Obecnie znanymi potężnymi Tauterintami są smoki. A do bardziej popularnych należą centaury, minotaury i orkowie. Nauka tak pochłonęła Unbaralda, że nie zauważył, że od czasu gdy zaczął naukę minął już rok. A zdawało mu się, że minęło kilka godzin. Gdy nauczył już się wszystkiego czego mógł od Untu, postanowił go wypuścić. Untu stwierdził, że jeśli czarodziej będzie miał jakieś pytania to starczy, że powie jego imię w języku bestyj. A brzmi ono Untaguhranehtvarbecnetraukehanu. Niezwykle zadowolony Unbarald postanowił powrócić do domu. Stwierdził, że jego wozu nie ma. Że nic nie ma. Całe jego fajkowe ziele zostało skradzione. Czarodziej bardzo się zdenerwował. Wrócił więc do Mytialeigh i postanowił się rozpytać o swój wóz. Na początku poszedł do elfa. Ten gdy go zobaczył wyłupił oczy jakby zobaczył ducha. Powiedział mu, że zniknął wraz z kamieniami jakieś trzy lata temu i wszyscy pomyśleli, że umarł. Swojego fajkowego ziela już raczej nie odzyska. Zdenerwowany czarodziej stwierdził, że po trzech latach niejedzenia należy pójść do karczmy coś zjeść. W karczmie zamówił potężny posiłek i wynegocjował troszkę fajkowego ziela. Za wszystko zapłacił elf który sprzedał cały dobytek czarodzieja. Znowu-wesoły czarodziej odebrał wóz od elfa i zaczął ładować nań tablice. Podczas ładowania tablic zapomniał się i zaczął śpiewać językiem bestyj i zaczął manipulować pogodą. W przeciągu dziesięciu minut w Mytialeigh była burza, susza, śnieg, huragan, powódź, upały, grad i inne zjawiska pogodowe. Ten który nie był w domu miał problem. Po zapakowaniu wszystkich tablic na wóz postanowił wrócić do domu. Tam odebrał w końcu wiadomość od swojego martwego przyjaciela i wyruszył w kolejna podróż. W miejscu wskazanym przez niego rzeczywiście znajdowały się trzy wielkie tomy. Unbarald postanowił powrócić do Theogardu i poinformować ich, że wśród ich zbioru jest księga którą należy zdecydowanie lepiej chronić. Tam dyrektor biblioteki spojrzał na niego złowieszczym wzrokiem. Podobnie jak arcymagowie. Ich temperament został troszkę ostudzony gdy Unbarald przemówił w języku bestyj. Gdy ważniacy wreszcie się pozbierali po tym co zobaczyli, czarodziej powiedział kilka zdań i pojawił się magiczny sejf. Włożył do niego księgę. I spowodował, że sejf zniknął. Kopię postanowił zostawić dla siebie, a tłumaczenie postanowił przekazać w ręce dyrektora biblioteki jako dzieło historyczne mówiące o starożytnych dziejach świata. Unbarald oczywiście nie zapomniał o autorze. Dangast z Unbegoru takie było imię zmarłego w tragicznym pożarze czarodzieja. Unbarald znowu stał się wykładowcą na Uniwersytecie Theogardzkim. Jako niezwykle rzetelne źródło informacji historycznych napisał aż piętnaście ksiąg historycznych które stały się nową podstawą nauczania na uniwersytetach całego świata. Każdy z nich się zaczyna słowami” „Untaguhranehtvarbecnetraukehanu ingur master.” co oznacza: „Untaguhranehtvarbecnetra-ukehanu oddaję Ci swą duszę.”

VI

Co jest lepsze od satysfakcji z wykonywanej pracy? Donbor zna odpowiedź na to pytanie. Satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. A Donbor zawsze dobrze wykonuje swoją pracę. Jest sławnym łowcą wampirów. Należy do tak zwanej Dziesiątki z Neaster. Dziesiątka z Neaster to grupa elitarnych łowców wampirów. Zawsze jest ich dziesięciu jak wskazuje nazwa a ich forteca Neaster znajduje się wysoko w górach Tinaren nieopodal szczytu Nea. U podnóża góry, w miejscu gdzie zaczyna się ścieżka do fortecy jest miasto z małym fortem o tej samej nazwie co forteca. Dziesiątka to najstarsza znana zorganizowana grupa łowców, a jej założycielami była dziesiątka ludzi. Ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Czterech ludzi, szary elf, krasnolud z Tarasu, ork z Dzikich Ziem Iberii, niziołek z zielonej wyspy, kobieta człowiek i elfka. Głównym inicjatorem był człowiek, Ugr mianowicie. A jego imię brzmiało T’adar. Gdy był młody stracił rodziców podczas łapanki wampirów, co było swojego czasu dość pospolitym zjawiskiem w dolinie. T’adar uciekł więc z Nugrai, a podczas swej podróży na zachód poznał łowcę wampirów Vana Hellsinga. Van nauczył T’adara fachu i rozbudził w nim jeszcze większą nienawiść do wampirów. T’adar stał się pionierem w dziedzinie rozpoznawania wampirów, pacyfikacji ich i ostatecznie zgładzaniu. Od Hellsinga dowiedział się, że u szczytu góry Nea zginął niegdyś pierwszy łowca wampirów, w wyniku obrażeń po zwycięskiej walce z potężnym wampirem. T’adar wyruszył więc w stronę góry Nea poszukując potencjalnych łowców. Znalazł kilku. Gdy doszedł na szczyt i się pomodlił wraz z ósemką towarzyszy dołączył do nich dziesiąty, ork o imieniu Yghun. Tak właśnie powstała dziesiątka, a następnie ich forteca. Obecnie w fortecy oprócz łowców są jeszcze służący i żołnierze którzy chronią fortecy przed wampirami. Donbor do dziesiątki dołączył gdy miał trzydzieści dwa lata. Mało jak na elfa. Jednak wykazał się niezwykłymi zdolnościami. W pojedynkę pokonał aż trzy rozwścieczone wampiry. Rozpoczął trening. Po kilku latach stał się maszyną do zabijania wampirów, a fakt, że zna się na arkanach magii jeszcze bardziej ułatwia mu sprawę. Obecnie ma sto czterdzieści osiem lat. Ma ponad sto lat doświadczenia z wampirami, a jeszcze tak bardzo nie dał się zaskoczyć. Gdy pewnego późnojesiennego popołudnia szedł przez miasto na granicy z Dzikimi Ziemiami, dał się złapać. Tak. Wredny wampir go przechytrzył i złapał w sieć z łańcucha. I tu się wampir przekonał że Donbor nie jest zwykłym łowcą wampirów. Łańcuchy bardzo szybko przeciął specjalnym nożem, a wampira spacyfikował strzałką nasączoną w oleju lnianym. Donbor był przygotowany, ale dał się zaskoczyć. Tak się składało, że polował na tegoż wampira, a ten wampir o tym wiedział. Gdy łowca podchodził do zwierzyny znowu dał się zaskoczyć. Upolował nie to co się należy. Upolował zauroczoną osobę i po raz kolejny trafił w pułapkę. Spadła na niego klatka. I to nie byle jaka. I tu łowca dowiedział się, że nie ma do czynienia ze zwykłym wampirem. Klatka była zaklęta, a metal odporny na cięcia noża do metalu. „Raz na wozie raz pod wozem” powiedział wampir klaszcząc w dłonie gdy wychodził z budynku przy którym Donbor został złapany.
- Ach to dla mnie wielki zaszczyt, że ktoś na mnie wysłał łowcę ze sławnej Dziesiątki. A jeszcze większy dla mnie zaszczyt to fakt, że jest to Donbor Brutalny. Zawsze mnie ciekawiło czy wy łowcy macie jakąś zaklętą krew i jak ona smakuje.
Donbor cały czas milczał.
- Ha! Jakiś ty nie rozmowny Donborze. Porozmawiaj ze mną. A może twój kodeks łowcy zakazuje ci pertraktacji z wampirem? Tak się składa, że tak jak ty nie jesteś zwykłym łowcą tak ja nie jestem zwykłym wampirem. Pewnie słyszałeś o tak zwanych starszych wampirach. Otóż ja właśnie jestem tym starszym wampirem, a mój żywot sięga czasów gdy jeszcze Tillmar, który obecnie jest bogiem, szerzył swoją tyranię na ziemi. Myślałeś, że dam się tak łatwo złapać? Ha! Arogancja łowców nie zna granic. Już kilka setek próbowało mnie dopaść. Gdy już wprowadzę cię do swojej siedziby by z tobą porozmawiać zobaczysz moją kolekcję suszonych głów tobie podobnych.
Donbor w dalszym ciągu milczał.
- Delun, Kathari – zawołał swoich podwładnych wampir – weźcie klatkę do środka i przygotujcie wóz. Czeka nas długa podróż.
Po tym jak słudzy wampira załadowali klatkę z łowcą na wóz zaczęła się podróż. I to nie byle jaka podróż. Podróż do siedziby jednego z najpotężniejszych wampirów chodzących po ziemi. Do mrocznego pałacu Yanuri Kalade w górach na Półwyspie Italskim. Podczas podróży nikt nie odzywał się do łowcy zamkniętego w zaklętej klatce. Prawdopodobnie dla tego, że klatka była niewidzialna, a wszystkie dźwięki które się z niej wydobywały były stłumione. Podróż trwała ponad tydzień. Po dotarciu na miejsce łowcę wypuszczono z klatki, ale został spętany równie zaklętymi łańcuchami. Wampir tak jak obiecał wprowadził łowcę do swojej Sali trofeów i tak jak mówił znajdowały się tam co najmniej sześć setek suszonych głów i każda z nich byłą podpisana. Na jednym z podiów na którym stała suszona głowa widniał napis „Yghun” Następnie wampir zaprowadził łowcę do jadalni gdzie czekał już na nich posiłek. Dla wampira puchar wypełniony krwią, a dla łowcy spory kawał wołowiny, wino i warzywa.
- Pewnie myślałeś, że każe ci jeść swoje własne ciało nieprawdaż?
Donbor milczał.
- Ach dalej jesteś nierozmowny więc proszę, chociaż zjedz coś lepszego niż te pomyje którymi byłeś karmiony podczas podróży.
Łowca podniósł ręce w celu pokazania, że ma zakute ręce.
-  Ach tak, zapomniałbym, że jesteś skuty. Kathari! Rozkuj proszę naszego gościa, chyba nie myślałeś, że jest na tyle utalentowany by jeść bez używania rąk.
Gdy Donbor został rozkuty kulturalnie wziął nóż i widelec w dłonie i zaczął spożywać mięso.
- A więc powiedz panie wampir, dla czego mnie pan jeszcze nie zabił?
- Ach bardzo dobre pytanie. Wiesz? Już dawno nie miałem okazji wieczerzać z tak zacnym gościem jak pan. Większość z łowców którzy próbowali mnie zabić tuż po tym jak ich złapałem krzyczało coś o tym, że szybciej zginą niż będą rozmawiać z wampirem. Ja ich prośby ochoczo spełniałem. Kilku z nich popełniała samobójstwa, a jeszcze inni przy pierwszej lepszej okazji próbowali uciec. Był jeden inny. Bardzo dawno temu. Jeden z twoich. Yghun. Tak. Nazywał się Yghun i był wielkim orkiem. Ach jak dobrze sobie powspominać… Wiesz, że ten ork siedział na tym samym miejscu co ty teraz siedzisz? Tylko, że on zamiast spokojnie jeść, zabił jednego z moich sług, a jego głowa trafiła do mojej sali trofeów. Orkowie to rzeczywiście tempe istoty.
- Mówiłeś, że nie wiesz jak smakuje krew członka Dziesiątki. Czyżbyś nie spił jej całej z jego ciała?
-  Ach nie… krew łowców butelkuję i chowam w piwnicy, a później sprzedaję innym wampirom. Tak się składa, że sam Vlad, władca wampirów, zażyczył sobie butelkę jego krwi. Dał mi czterdzieści tysięcy duwingów za jedną kwartową butelkę. Sprzedałem mu pół tuzina butelek. Za te pieniądze kupiłem tę ziemię i postawiłem ten pałac. Bardzo dobry interes.
- A ta krew którą masz w pucharze… Do kogo należy?
- Ach ta krew… Ta krew należy do norgskiego łowcy. Polował na mnie chyba trzysta lat temu w Norgawarze. Ile było z nim męczarni… Tak się rzucał i miotał, że ostatecznie złamał sobie kark spadając z wozu. Szybko więc wylałem z niego krew uciąłem głowę i późnej ją ususzyłem. Moje wilki miały ubaw z jego ciałem, ale chyba były zawiedzione, że nie było w nim ani jednej kropli krwi.
- Więc jesteś pan profesjonalistą w swoim fachu.
- Ach tak. Miałem wiele tysięcy lat na szkolenie tej sztuki.
- To dla czego ja teraz spożywam z panem wieczerzę?
- Ach kolejne dobre pytanie. Gdy już się dowiedziałem, że na mnie polujesz i dowiedziałem się kim jesteś od razu mnie to zaintrygowało. Postanowiłem więc, że nie zabiję cię od razu tylko z tobą wcześniej porozmawiam.
- Skoro ty panie wiesz kim ja jestem, to może zdradzisz mi swoje imię.
- Ach gdzie są moje maniery. Pewnie znasz imię które nadali mi mieszkańcy tej dzikiej wioski. Możliwe, że znasz mnie pod wieloma innymi imionami. Ale prawdziwego imienia ci nie zdradzę. Bo wiesz, jest to bardzo niebezpieczne znać imię starszego wampira.
- Skoro masz zamiar mnie zabić to dla czego go nie zdradzisz?
- Lubię widzieć to przerażenie na twarzy osoby która nawet nie zna imienia swojego oprawcy.
- Bardzo dziwne zwyczaje pan masz.
-  Masz rację. Gdybyś miał ponad sześć tysięcy lat też byś miał dziwne zwyczaje. Ach… przypomniało mi się. Ile warta jest moja głowa?
- Dziesięć tysięcy donarów.
- Tylko dziesięć tysięcy? Ten świat zszedł na psy po tej wojnie. Już nikt nie docenia perfekcyjnego zabójcy. A wiesz może kto taki zapłacił za zabicie mnie?
- Król.
- Ach król… Untierre jeśli dobrze pamiętam. Untierre II.
- Dobrze pamiętasz.
- Dla czego tak mało? Nie powiedział ci kim jestem?
- Powiedział mi, że wyrżnąłeś niemal tuzin wiosek na południu.
- Ach… król jednak dba o swoich podwładnych. Wiesz, specjalnie pojechałem do tej starej domeny Silwingów, by nałapać kilka karmników i zdobyć kilku nowych sługusów. Poznałeś już Deluna prawda? To jest jeden z nich. I jeszcze tamtejsze kobiety… Ach jak ja uwielbiam ich temperament. Idealne miejsce na wakacje. A twoje przybycie było idealnym zakończeniem. Już zaczęło mi się tam troszkę nudzić, gdy dosięgła mnie wieść, że Donbor Brutalny idzie po mnie.
- Mówiłeś coś wcześniej o tym, że niebezpiecznie jest znać twoje imię. A co jeśli ja ci powiem, że wiele się zmieniło od czasu Yghuna? Niebezpiecznie jest łapać członka Dziesiątki.
- Powiadasz? A co mi takiego grozi?
- Zemsta… i to rychła.
- Hmm… Zdaje mi się że mi grozisz. Chyba mnie nie doceniasz. Myślisz, że nie wiedziałem o tym, że Dziesiątka dba o swoich? Jesteś pewny, że gdy przeszliśmy przez drzwi pałacu weszliśmy do niego? Przecież ci mówiłem, że od tysięcy lat kolekcjonuję głowy i handluję krwią łowców. Naprawdę myślałeś, że wszystko to trzymam w jakimś nędznym pałacu? Owszem. Lubię spędzać tam czas. Bardzo miłe miejsce. Ale moją prawdziwą siedzibą jest zamek w Karpatach. Bo wiesz. Jestem członkiem rodu Karpatul i to od mojego nazwiska te góry wzięły swoją nazwę. Więc nawet jeśli twoi kumple by wiedzieli kim jestem i gdzie jestem niewiele by im to dało. Zginęliby zanim nawet by przekroczyli granicę. Więc nie boję się twoich gróźb.
Donbor zbladł okrutnie. Właśnie się dowiedział, że ma do czynienia z naprawdę cholernie starym i cholernie potężnym wampirem. Zaczął się obawiać o życie swoich towarzyszy którzy ruszyli na pewną śmierć. Niewiele wiedział o starożytnych wampirach, ale wiedział tyle, że nie należy z nimi zadzierać. Chyba, że jest się starożytnym wilkołakiem. Mimo wszystko jednak kontynuował ostatni posiłek swojego życia.
- Coś tak zbladł łowco? Czyżby nie odpowiadała ci świadomość, że próbowałeś upolować starożytnego wampira i teraz jesteś jego więźniem?
Donbor milczał.
- Znowu odjęło ci mowę. Nie przejmuj się. Co do ciebie mam inne plany.
Donbor jeszcze bardziej zbladł. Kolor jego skóry zaczął niemalże przypominać kolor śniegu.
- Och… nie bój się, to naprawdę nie będzie straszne ani bolesne. Będziesz musiał się tylko zrelaksować. Nie chcesz chyba ubrudzić krwią całego mojego laboratorium?
- Laboratorium? – odpowiedział kurewsko, ale to kurewsko przestraszony łowca. – Co masz zamiar ze mną zrobić?
- Ach naprawdę nie denerwuj się. Kathari! Przynieś naszemu gościowi jakąś uspokajającą herbatę!
Kathari przyniósł herbatę ziołową która ma właściwości narkotyczne i otumania pijącego. Jest zakazana w wielu miejscach. Po kilku godzinach narkotycznej ekstazy Donbor znalazł się w laboratorium wampira… z wielką strzykawką przed oczami.
- Ach w końcu się obudziłeś. Będę musiał poczekać jeszcze kilka dni nim wydalisz cały narkotyk, ale na razie nie rób nic głupiego. Kathari ma zadanie pilnować cię przed próbami samobójczymi. Zaraz wstrzyknę ci antytoksynę i poczujesz się lepiej. Potraktowałem cię jednym z moich najstarszych wynalazków i jednym z najlepszych. Jest to mieszanina odpowiednio spreparowanych ziół którą podaje się w postaci herbaty. Nazwałem to ingusem. Również świetny interes. Handlarze narkotyków zabijają się o saszetkę ingusa. Nie bój się. Innym zadaniem Kathari jest dawanie ci tego czego chcesz. Ale nie zapominaj, że Kathari nie jest tępy i jest jednym z moich pierwszych sług. Ja w między czasie muszę się uporać z niesfornymi łowcami atakującymi mój pałac w Italii.
Donbor był strasznie zmieszany. Poprosił wampirzego sługę o wodę. Gdy ten wyszedł, łowca zaczął szukać jakichś ostrych narzędzi. Nic nie znalazł. W laboratorium nie było nic czym można by było kogokolwiek skrzywdzić. Czuł również, że opadł lekko z sił więc walka na pięści też się nie nada. To chyba kolejna z właściwości ingusa. Donbor postanowił być grzeczny. Poprosił więc o dobre mięso, bukiet serów, warzywa i najlepsze wino. Wszystko dostał. Na koniec poprosił jeszcze o kobietę. Dostał. Po jakimś czasie. Gdyż wszystkie obecne w zamku były w dość ciężkim stanie. Gdy Kathari miał już wychodzić. Donbor powiedział, że to ma być konkretna kobieta. Onilmara z N’Iuaszkaver. Była ona bliską przyjaciółką Donbora, jak i również świetną złodziejką. Kathari spełnił tę prośbę. Nie obyło się bez problemów. Onilmara stawiała zaciekły opór. Jednakże Kathari nie jest zwykłym wampirem. Donbor i Onilmara zostali zamknięci w celi w celu nieucieknięcia. Żadne zdolności złodziejskie by tu się na nic nie zdały. Cela nie miała drzwi ani okien. Donbor przekazał jej wiele informacji a następnie zerżnął. Kilkakrotnie. Ale przybył Wampir.
- Ach masz przyjaciółkę widzę? Jaka ładna. Byłaby wielka szkoda gdyby ktoś ją zabił nieprawdaż? A co do twoich przyjaciół z Dziesiątki… chyba już tylko ty zostałeś. Naprawdę niezłe z nich skurwiele. Ograbili prawie cały mój pałac i pili moje wino przy moim stole. Ale umarli przy nim. Ach jak dużo krwi się zmarnowało. Ale mam ją tutaj. Przy sobie. Wysłałem również gońca z wiadomością do Neaster o tym, że Dziesiątka chwilowo nie istnieje. Mam nadzieję, że po wielu upojnych chwilach cały ingus już z ciebie spłynął. No już. Zostaw przyjaciółkę i chodź ze mną. No już. No chyba, że chcesz, żeby poszła z nami. Chcesz?
Donbor milczał.
- Ach a jednak idzie z nami. Nie bój się. Nie będzie aż tak źle.
Wampir zaprowadził ich nazad do laboratorium. Donbora przykuł do fotela, a Onilmarę posadził na krześle. Nie mogła się ruszyć. Była zauroczona. Znowu pokazał łowcy wielką strzykawkę. Tym razem była pusta. Na razie. Wbił ją energicznie w szyję elfa i zaciągnął tyle krwi ile się dało. Dalszej części elf nie pamięta. Dostał obuchem w kark. Podczas gdy Donbor leżał nieprzytomny wampir ekstrahował różne rzeczy z jego krwi. Rozdzielił na czynniki pierwsze. Potem zaczął je badać. Krew łowcy była rzeczywiście inna od zwykłej krwi. I była to świeżutka krew. Gdy Donbor się obudził zobaczył jak wampir zabawia się z jego przyjaciółką. Plótł jej akurat pięcioczłonowego warkocza. Łowca się nieco zdziwił tym widokiem.
- Ach już się obudziłeś. Pewnie zastanawiasz się dla czego, albo nie wysysam krwi z twojej przyjaciółki, albo nie uprawiam z nią miłości. Bo widzisz. Zawsze chciałem mieć córkę której będę mógł robić na głowie najróżniejsze fryzury. Ale niestety tak się składa, że ja jak większość wampirów padłem ofiarą okrutnej klątwy bezpłodności. A twojej przyjaciółki nie musiałem długo przekonywać. Nawet teraz, gdy nie jest już zauroczona bardzo dobrze się czuje z moimi dłońmi w jej włosach. Prawda złotko?
Kobieta milczała, ale się uśmiechnęła z życzliwością wypisaną na ustach.
- Ach zapomniałbym, że uciąłem jej język… Ha, ha, ha! Dałeś się nabrać. Po prostu powiedziałem jej żeby nic nie mówiła, bo może wam obojgu zaszkodzić. Twoja krew bardzo mi się przydała do moich eksperymentów. Teraz gdy mam cały zapas krwi nie jesteś już mi do niczego potrzebny. Kathari zaraz odprowadzi cię do wyjścia. Wyjdziesz w moim pałacu w Italii. Tam będzie na ciebie czekał twój ekwipunek i koń z mojej stajni. Tylko nie myśl nawet o atakowaniu mnie.
- C-c-c-co? Tak po prostu mogę sobie iść?
- Ach gdzie są moje maniery… Wypierdalaj zanim się rozmyślę. Ja się tym czasem zajmę twoją przyjaciółką. O nią też się nie martw. Wróci do domu cała… no może nie koniecznie całkowicie zdrowa, ale w miarę. Tak więc jak już mówiłem. Won.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz