niedziela, 4 listopada 2012

wolne opowieści spoza światów część I


I

Do karczmy Autierra ostatnio rzadko ktokolwiek przychodzi. Jednak nie martwi to starego Gala, bo ostatnio nie widać ani żywej duszy w okolicy. A okolica… no cóż… też niezbyt piękna. Wrzosowisko na północnym stoku gór. A i jeszcze późna jesień powoduje, że okolica jest niezbyt przyjazna. Nagie jesienne drzewa odstraszają każdego przechodnia. Wszyscy zapomnieli już o tym starym szlaku prowadzącym przez góry. Teraz już nikt nie przemierza tych gór. Okoliczna wioska też ostatnimi czasy się wyludniła. Została tylko karczma starego Autierra i wrzosy które tak gęsto obrastają tę część świata, zwłaszcza ostatnio, ponieważ nie ma już tak wielu rąk do ścinania drzew, które tak gęsto ostatnimi czasy rosną. Mimo wszystko Autierre nie ma najmniejszego zamiaru się stąd ruszać, tu jest jego dom i jego karczma w której od czasu do czasu topią smutki okoliczni wieśniacy i odpoczywają najodważniejsi kupcy którzy w zamian za nocleg informacje dostarczają żywność i wino. Od czasu do czasu przybywa również wędrowny bard który szuka natchnienia na wrzosowisku w górach i w dolinie. Od czasu do czasu zajrzą kapłani nowej wiary, lub inkwizytorzy starej wiary. Od czasu do czasu przejedzie kontyngent zbrojnych zabezpieczający dolinę i trakt. Od czasu do czasu zawita najemny zabójca potworów których robi się coraz więcej. Lub pojawi się badacz szukający odpowiedzi na wszystkie pytania. Pytania dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, stworzenia, istnienia i końca świata, powstania, istoty i skutków magii. Takim badaczem może się wydawać dzisiejszy gość Autierra. Starszy człowiek, prawdopodobnie Germanin, z długą siwą brodą, ubrany w dziwną, szarą togę z kapturem. W ręku ma jakiś  dziwną księgę. Nie otworzył jej jednak ani razu. Zapłacił z góry za dziesięć dni i poszedł do swojego pokoju, nie zamawiając nic, ani nie zwracając na nic uwagi. Po prostu. Autierre długo się zastanawiał co to za gość, ale szybko zapomniał, ponieważ tutejszy pijak Teurn przyszedł na kilka głębszych, za nim przyszli inni w tym samym celu. Autierre już dawno nie miał tak udanego dnia. Tak wielu gości dzisiaj przyszło. Stary gal nie posiadał się ze szczęścia. Na dodatek późnym wieczorem przybył wędrowny bard który śpiewał pieśni o wspaniałej przeszłości i strasznej teraźniejszości. Jednakże przez cały ten czas starszy człowiek w dziwnej szacie nie pojawił się ani razu. Siedział cicho w swoim pokoju i nie odzywał się do nikogo, nawet teraz gdy z okazji tak udanego dnia stary karczmarz urządził wieczerzę dla każdego kto dał mu dziś zarobić. Wszyscy są wniebowzięci, bo kto nie byłby szczęśliwy gdyby dostał jedzenie za darmo w naszych czasach? Zwłaszcza jeśli jest mieszkańcem wrzosowiska na stoku nieopodal doliny rzecznej. Wszyscy się dobrze bawią, a bard zaczął śpiewać wesołe pieśni o piciu i dziewojach. Pozwolił choć na chwilę zapomnieć wszystkim o tym wszystkim co trapi ich na co dzień. Na szczęście Autierre dobrze się zaopatrzył, bo wino leje się strumieniami. Stary Teurn zdaje się nie mieć ograniczeń. Każdy tutaj wie, że wszystko co zarobi w tartaku przepija, ale tak dużo to chyba w życiu nie wypił. Przynajmniej tego nie pamiętam. Tak czy inaczej wszyscy są nad wyraz zadowoleni. Tylko starzec w kapturze nie pojawił się ani razu. Już jest późno księżyc wisi nad niebem jak gdyby chciał udawać słońce. Dziś jest pełnia, nieomal bym zapomniał. To dla tego ci wszyscy ludzie się tu zeszli.
O, wino się skończyło, muszę iść. Pamiętaj, bądź tu za tydzień o tej samej porze.

II

Handel jest coraz mniej dochodowy, zwłaszcza teraz gdy bogaci kupcy i właściciele wielkich zakładów dyktują ceny i standardy. Skromni kupcy, cieśle, kowale… zaczynają jeszcze bardziej biednieć. Gdzie nie spojrzysz to zobaczysz ten pierdolony przebrzydły każdemu herb Żelawskiego. Jak ja nienawidzę tego gościa myśli, że jest panem całego świata. Wszystko przez tę wojnę przez którą bogaci stali się bogatsi a biedni albo ledwo żyją, albo już pozdychali. Nie ma co się denerwować, lepiej pójść sobie na piwo, lub coś mocniejszego do ostatniej wolnej gospody w okolicy. Tak… już tylko jedna się ostała. Wszystkie przejął Żelawski ze swoim cudownym piwem i boską wódką. Ja wolę się napić dobrego starego bimbru i samogonu Tenasza, ostatniego wolnego karczmarza w okolicy. Na szczęście wszyscy w naszym miasteczku się sprzeciwiają reżimowi i złotu Żelawskiego więc nawet nieźle sobie radzimy. Udało mi się zebrać tyle złomu z martwych żołnierzy, że nawet nie jest potrzebna nam kopalnia. Starczy tylko, że rozpalę mój piec za pomocą specjalnego proszku od Mariana i mogę przetapiać stare klingi w łyżki i widelce. To się bardziej przyda niż tak wielka ilość oręża którą udało mi się zebrać. Może i Żelawski jest tyranem to jednak nas chroni. Chociaż i tak każdy ma w domu specjalnie zrobione przeze mnie miecze i kolczugi. A mój brat łuczarz dostarcza zapas strzał, łuków i włóczni na wypadek ataku zwierząt lub innych potworności których jest coraz więcej i więcej. Już nigdzie nie jest bezpiecznie. Słyszałem, że jakiś tydzień temu kilka stai stąd untich zaatakował rodzinę jadącą z Kazimierowa. Żelawski się porządnie zdenerwował. Wysłał najlepszych łowców w tamte okolice… Żaden z nich nie wrócił… Nie wiem jak mamy sobie radzić. Co najmniej od czterdziestu lat nikt nie widział żadnego wiedźmina, ani innego wytresowanego łowcy potworów. Katastrofa. Ciekawe… Ciekawe dla czego ich nie ma? Czy ich zakony zostały rozwiązane, czy po prostu zostali wymordowani w czasie wojny? Niee. Wymordować by się nie dali. Jeden wiedźmin zaszlachtowałby 10 rosłych mężów bez szelestu ani znaku obecności. Rozwiązane? Też wątpię. Starszyzna wiedźminów cieszyła się szacunkiem na całym znanym świecie. Poza tym też w trakcie wojny nie brakło sierot, niechcianych bękartów kurew i żołnierzy. Tego zawsze jest pod dostatkiem. Więc… co się stało? Nie rozumiem. Ach zbyt bardzo pogrążyłem się w filozoficznych rozmyślaniach, czas wracać do codziennej rutynowej pracy.

III

Dzień był nadzwyczajnie spokojny zeszłego dnia. A dzień dzisiejszy też nie jest najgorszy. Nie myślę o tym jaki będzie następny. Wolę jak zwykle zająć się swoimi sprawami. Ano tak. Moje sprawy. Nie są w najmniejszym stopniu ani trudne, ani skomplikowanie. Żadnej filozofii. Wstaję o świcie i idę do pracy. A praca no cóż. Ani wyrafinowana, ani skomplikowana. Jestem zwykłą sprzątaczką. Ale moja praca nie jest bynajmniej zwykła. Jest niezwykła. Przynajmniej dla mnie. Jak każda kobieta w mojej rodzinie robię to co reszta kobiet w mojej rodzinie. Bo cóż innego mogłabym robić? Zwłaszcza teraz gdy o pracę ciężko. A ja w swoim fachu jestem najlepsza. Nie ma lepszych ode mnie dla tego dalej ją mam. Nie mam nadzwyczajnych mocy ale moja moc jest nadzwyczajna. Tak. Jestem zwykłą niezwykłą sprzątaczką. A moja praca jest niezwykle zwykła. Sprzątam wielkie zamczysko daleko na północy. Tak. Na północy. Najdalej jak się da na północy tak myślę. W sumie nie wiem. Jestem zwykłą sprzątaczką i nigdy stąd się nie ruszałam. A to zamczysko to jest Vorsgard. Podobno najlepsza szkoła magiczna w tej części świata. A jej pan Vorsbund jest podobno najpotężniejszym czarodziejem na świecie. I podobno ma już tysiąc lat. Ale ja nie wierzę pogłoskom. Jest starszy ode mnie, mojej matki, matki mojej matki i matki, matki mojej matki, ale wygląda maksymalnie na sześćdziesiąt lat. W sumie rzadko go widuję. Prawie ciągle ma jakieś spotkania z wielkimi tego świata. Ale mnie to nie obchodzi. Mnie interesuje tylko i wyłącznie czystość zamczyska. Nie jest to trudna praca, ale też do najłatwiejszych nie należy. Ci mali rozszalali uczniowie zawsze uciekają do nieodpowiednich części zamczyska. Zwłaszcza ci mali i rozszalali. Zwłaszcza do części gdzie uczą się już dorośli. W sumie oni już się nie uczą. Oni badają. A w sumie co ja wiem. Ja tylko tam sprzątam. Od czasu do czasu słyszę jak jacyś poważni czarodzieje się kłócą kto ma rację i gdzie coś się znajduje. Zazwyczaj są to jakieś przedmioty o dziwnych nazwach. W sumie nawet nie wiem czy to przedmioty w końcu jestem tylko sprzątaczką. O i kiedyś widziałam jak jeden drugiego walnął jakąś dziwną miotłą a ten drugi zamienił się w jakiegoś dziwnego zwierzaka. Nie wiem co to był za zwierzak, ale był dziwny. A później schował go do jakiegoś dziwnego słoika z dziwnymi napisami. Później zrobiło mi się jakoś ciemno przed oczami. Dziwne… nie pamiętam co się działo później. To znaczy pamiętam, sprzątałam wtedy kuchnie. Na bogów. Jaka ona była brudna. Tak jak każda kobieta w mojej rodzinie zostaje sprzątaczką w zamczysku, tak każdy mężczyzna zostaje kucharzem. Nie wiem dla czego ale tak jest. A wypadło tak akurat że mój starszy brat, szef kuchni w tej części zamczyska tak zapaskudził tego dnia kuchnię. Nie pamiętam żeby ktokolwiek kiedykolwiek tak bardzo coś ubrudził. Może poza tymi małymi rozszalałymi uczniami w nieodpowiednich częściach zamczyska. Zapomniałabym. Po tym jak zrobiło mi się jakoś ciemno to zobaczyłam jakiegoś brzydala z siwą brodą. A potem znowu nic nie widziałam, coś powiedział i nie pamiętam co. Wtedy pojawiłam się w kuchni. Na bogów jaki tam był bałagan. Mój brat narobił taki bałagan w tej kuchni. Była jakaś uczta i mój brat został wybrany żeby ją przyrządzić. Podobno miał przyjąć jakiś pomocników którzy będą mu pomagali w przyrządzaniu uczty. Z pewnością nie byli to Galowie. Galowie zrobili by wszystko na glanc i posprzątaliby po sobie. Ale w sumie dziwne. To nie był taki typowy brud. To był taki wyjątkowo brudny brud. Jeszcze takiego brudu nie widziałam. Ale jak kazali to posprzątałam. W sumie nikt mi nie kazał. Nie pamiętam. Ale wiem że miałam posprzątać, więc posprzątałam. Strasznie dużo krwi było. Chyba robili ulubioną potrawę Vorsbunda. Bardzo krwisty stek wołowy z wołowiny. Ten był chyba za bardzo krwisty. Tak strasznie dużo krwi było. Ale ile krwi może być w steku? A co ten brzydal do mnie mówił? Na bogów! To nie może być prawda! Gdzie jest mój brat? Co się dzieje? Muszę prędko biec do Vorsbunda i go ostrzec!

IV

Jak to się stało, że do tego doszło? Stoję na tym klifie i chcę skończyć swoje życie, ale tak naprawdę nie chcę tego robić. Dla czego nie chcę robić czegoś co chcę robić? Ale… nie jednak nie chcę skoczyć. To nie będzie godne pieśni, a rzeczy nie godne pieśni nie są niczego godne. Ach moje życie. Jestem młodym bardem a jeszcze niczego nie osiągnąłem. W sumie nie jestem taki młody. Trzydzieści siedem lat to nie jest tak mało. Ale ja się czuję tak młodo. Chcę jeszcze coś osiągnąć. Nie może być tak, że tak po prostu skoczę z tego klifu. Bez żadnych świadków, żadnych gapiów. Bez nikogo. Nikt tego nie zobaczy. Nie. Jeszcze nie na mnie czas. Muszę zrobić coś wielkiego. Wiem napiszę pieśń o samobójcy który tak naprawdę nie chce umierać, a jednak chce. Będzie to pieśń przedstawiająca filozoficzną wewnętrzną walkę. Żyć czy nie żyć? Czy się opłaca? Czy warto? Ale też czy zrobiłem wszystko co chciałem zrobić? Czy osiągnąłem wszystko co chciałem osiągnąć? Czy mogę tak po prostu umrzeć? Czy jestem godzien tego żeby umrzeć? Ale czy też jestem godzien tego by żyć? Czy chcę żyć? Ale też czy chcę umrzeć? Tak. To będzie świetny temat. Muszę teraz wrócić do domu, żony i dzieci. Nie mogę ich tak po prostu zostawić. Bo jak mój już osiemnastoletni syn ma stać się wielkim bardem skoro jego ojciec tak po prostu skoczył z klifu i nic mu nie pokazał. To znaczy pokazałem mu już wiele. Ma swoją własną lutnię. Nawet ma bar w którym zwykł przygrywać za miód i chleb. Jest już w sumie bardziej znany ode mnie. Ale mam nadzieję, że zawsze będzie pamiętał kto go tego wszystkiego nauczył. Ja go nauczyłem pierwszej pieśni. Pierwszej ballady. Nauczyłem go wszystkiego. A jednak ja nigdy nie potrafiłem stworzyć czegoś nowego. Jestem znany w całej okolicy jako świetny lutnista, ale nigdy nie zagrałem, ani nie zaśpiewałem czegoś własnego, bo po prostu czegoś takiego nie ma. Muszę napisać tą pieśń. Pieśń o człowieku który zwątpił i błądzi po krawędziach swojej wątłej egzystencji. Tak, to będzie świetne. Jak tylko wejdę do domu to zajmę się tą pieśnią. Tak. Znowu znalazłem sens swojego życia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz