sobota, 10 listopada 2012

Wolne opowieści spoza światów cz. III


IX

Nie wszystko jest takie jakie się zdaje, że jest. Tak zawsze powiadał mi mój zmarły ojciec. Może miał trochę racji. Ale dla mnie czarne jest czarne, a białe jest białe. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Bo czarne jest czarne. Białe jest białe. Nie ma innej możliwości. Hmm… Jakby się zastanowić to nie jest to takie pewne. Skąd możemy wiedzieć, że śnieg na który patrzymy jest biały? Czy nie jest czasem czarny? Czy nawet czerwony? Wszystko zależy od nas. Jak na co spojrzymy. Jak nam kto powie. Jeśli ktoś ci wmówi, że śnieg jest czerwony to uznasz go za szaleńca. Ale jeśli więcej niż ktoś zacznie ci to wmawiać to możesz mieć wątpliwości co do słuszności swoich racji. Nie prawdaż? Umysł wie tyle ile mu powiemy. Nie więcej nie mniej. Nigdy nie ufaj swoim zmysłom. Ponieważ wszystkie je można oszukać. Wzrok można omamić złudzeniem, iluzją. Słuch można omamić. Węch można omamić. Dotyk można omamić. Smak można omamić. Wszystko można omamić. Więc czy całe nasze życie nie jest obłudą i iluzją? Czy śniadanie które zjadłeś rano jest prawdziwe? Czy ubranie które nosisz jest prawdziwe? Czy ziemia po której chodzisz jest prawdziwa? I wreszcie najważniejsze pytanie. Czy ty jesteś prawdziwy? Jeśli uważasz, że tak jakie masz na to dowody? Uważasz tak bo ktoś ci tak powiedział? Przecież ta sama osoba mogła ci powiedzieć, że śnieg jest czerwony. Czy jesteś pewien tego czego jesteś pewien? Czy kiedykolwiek zadałeś pytanie jak? Dla czego? W jaki sposób? Jeśli tak to dla czego? Jeśli nie, dla czego? Jeśli zadałeś te pytania i otrzymałeś odpowiedzi, czy poznałeś sens tych odpowiedzi? Czy zrozumiałeś je? Nie jest to taka prosta sprawa. Najpierw trzeba określić prawdziwość odpowiedzi. Następnie sprawdzić, czy pytanie miało sens. Potem stwierdzić, czy odpowiedź ma jakąkolwiek wartość merytoryczną czy też jest zwykłym bezsensownym bełkotem. Jeśli zadałeś pytanie: „Jak powstałem” i usłyszałeś odpowiedź: „Urodziłeś się dzięki temu, że doszło do zapłodnienia” określenie prawdziwości odpowiedzi nie powinna być trudna, ale jeśli usłyszałeś coś w stylu: „Bóg tak chciał”, „Stworzył cię bóg”, coś jest nie tak. Tutaj powinieneś określić prawdziwość i polemizować z autorem odpowiedzi i zadać mu pytanie: „Dla czego?”. Nie musisz się zastanawiać czy pytanie ma sens, bo pytanie „Dla czego?” zawsze ma sens. Jeśli adresat odpowiedzi nie ma argumentów, lub jego argumenty nie przynoszą niczego zadaj mu kolejne pytanie: „Skoro nie masz argumentów, dla czego tak twierdzisz?”. Jeśli dalej będziesz słyszał to samo wiedz, że taka osoba nie jest godna twojej uwagi ponieważ odpowiada na pytania na które sama nie ma pojęcia. Dała sobie wmówić, że białe jest czarne  i próbuje ci wmówić dokładnie to samo. Pamiętaj, nie wszystko jest takie jakie wydaje się że jest. Więc jeśli ktoś kto ma argumenty na pytanie: „Dla czego?” warto się zastanowić czy czarne naprawdę nie jest białe. Ale nie należy także dać sobie od razu wmówić, że tak jest. Należy zadawać pytanie „Dla czego?” do czasu aż będziesz w stu procentach pewny, że całe życie żyłeś w błędzie. Na przykład. Co było przyczyną Wielkiej Wojny? Tu można uzyskać kilka odpowiedzi. Nie każda z nich jest prawdziwa, ani fałszywa. Każda ma w sobie ziarno prawdy i kłamstwa. Zwłaszcza kłamstwa. Jedna z odpowiedzi: Napięcia pomiędzy dwoma głównymi potęgami znanego świata.. odpowiedź druga: Zniewaga księżniczki Theodory. Odpowiedź trzecia: Podżeganie z zagranicy. Odpowiedź czwarta: Działanie Tillmara. To nie są wszystkie odpowiedzi jakie mogłyby paść, ale w miarę najbardziej prawdziwe. Każda z tych odpowiedzi jest prawdziwa i jednocześnie fałszywa. Ja nie znam jedynej całkowicie prawdziwej odpowiedzi na to pytanie. Bo nie wszystko jest takie jakie wydaje się, że jest. A może znam odpowiedź. Jednak ona może okazać tak absurdalna, że może wydawać się nieprawdziwa. Jednakże jeśli nie będziesz zadawał pytania „Dla czego?” nie dowiesz się. Dla czego? Bo wtedy nie określisz tak naprawdę prawdziwości tej odpowiedzi. Dla czego? Bo nie otrzymasz wszystkich argumentów za i nie postawisz wszystkich argumentów przeciw. Chyba, że od razu będziesz za. Ale wtedy musisz dalej zadawać pytania, by nie dać sobie za łatwo wmówić, że czarne jest białe. Dla czego? Bo jeśli dasz sobie wmówić, że czarne jest białe, a czarne tak naprawdę jest czarne to co to będzie dla ciebie oznaczało? No właśnie.

X

Daleko na wschodzie, tuż przy Górach Granicznych na których znajduje się Wielki Mur, w małej prawie opuszczonej wiosce, stary bohater o imieniu Khaai po ciężkim dniu pracy jako pasterz postanowił zajrzeć do zapuszczonej karczmy. A karczma? No cóż. Nie różni się zbytnio od tych znanych na zachodzie. Obszerna izba, kilka stołków i kontuar za którym stoi karczmarz. Z perspektywy wchodzącego po prawej stronie od lady za karczmarzem znajdują się drzwi do pokojów które można wynająć. Po lewej są inne drzwi, ale te prowadzą do schodów, a schody do pokoju karczmarza i do pokoju najzamożniejszego gościa. Po środku izby znajduje się tradycyjne w tych stronach palenisko, wokół niego są stoły i dostawione do nich stołki. Po lewej stronie z perspektywy wchodzącego jest jak gdyby scena dla tutejszego barda i jego brata barda, nie zapominając o ich ojcu bardzie i matce bardce. A i jeszcze mają siostrę, kucharkę. Brat ojca bardów jest właścicielem przybytku. Nazywa się Nurij i jest rok starszy od matki. Ojciec nazywa się Urij i jest starszy od brata o trzy lata. Matka nazywa się Katrina i jest starsza od starszego z braci o zaledwie szesnaście lat. Starszy z braci Karij jest starszy od siostry o sześć lat. Młodszy z braci Kurij jest starszy od siostry o dwa lata. Zaś siostra Uterina ma tyle lat ile matka jest starsza od młodszego z braci. Wszystkich zwą Zdrazicov. Ojciec ojca i brata ojca Nadarij w chwili śmierci miał lat tyle co Khaai miał piętnaście lat temu i osierocił swoje dzieci gdy brat ojca miał lat cztery. Nurij nie ma żony bo jest brzydki i wysterylizowany przez bandytów z północnego zachodu. Bardzo chce ich zabić, ale nie może bo już nie jest taki męski jak kiedyś. Dla tego założył tę karczmę, podpisał umowę z krasnoludami i zatrudnił rodzinę brata która nie miała nic innego do roboty. Bo chciał zemsty. Karczma miała mu dać dochód. I dała. Dla tego przybycie Khaaia do karczmy jest bardzo fortunne dla Nurija. Przez 15 lat działania karczmy na tym zadupiu karczmarz zarobił całe 2367 Tihnarów. Popularnej w tych stronach krasnoludzkiej monety. Jego karczma jest znana w całej okolicy. Dla tego udało mu się aż tyle zarobić. Zwłaszcza dzięki pojawiającym tu się młodym bardom i poszukiwaczom przygód z zachodu. Bardowie poszukują natchnienia w Grającej Rodzinie która jest znana na cały świat, a poszukiwacze przygód poszukują zarobku. A pracy niemało. Dużo można by rzec. Jeden Tihnar jest warty mniej więcej tyle co trzy sztuki najpopularniejszej na zachodzie monety. Donara Theogardziego. A Donar Theogardzki jest zarazem najbardziej wartościową monetą na zachodzie. Nurij jest pieprzonym bogaczem. I dzięki temu, że ma tyle pieniędzy ma nadzieję zatrudnić bohatera Wielkiej Wojny Khaaia by ten porozmawiał z Tarislavem Urislavowiczem Harcovem w sprawie jego zemsty. Jednak czy zmęczony walką Khaai przyjmie tę propozycję? No pewnie. Wszystko jest lepsze od pilnowania zdziczałych owiec. A tyle pieniędzy ustawi Khaaia do końca życia. Ale na zachód raczej nie będzie chciał wrócić. Nie jest tam mile widziany. Nikt nie wie dla czego. A może wie tylko powiedzieć nie chce? Albo się boi… Tak to jest bardziej prawdopodobne. Khaai to kawał brutala. O czasu gdy 3 lata temu przybył do tego opustoszałego a jednak nienaruszonego wojną kraju zbił już z piętnaście osób. Kilkakrotnie. Z tutejszym „mistrzem miecza” stoczył niezliczone ilości pojedynków. Które oczywiście Hanimir przegrał. Ale wygrał coś więcej. Stał się mistrzem miecza bo Khaai zauważył w nim coś. Coś czego nie widział w żadnym zamordowanym z zimną krwią przeciwniku na polu bitwy. Chęć bycia najlepszym. Jest to możliwe bo Hanimir ma tylko 17 lat i już od dwóch lat dostaje tęgie lanie od Khaaia, ale się nie poddaje. Podobno gdy Hanimir był młodszy niż jest w chwili obecnej. Jakże to oczywiste? Nieważne… Miał wtedy dziesięć lat. Już nie miał ojca ani matki które zabił piętnaście lat temu bandyta z północnego zachodu. Stoczył pierwszą walkę z krasnoludem o imieniu Radet Atunri Tenbur Endor Nebaras z rodziny Tihai Tar Tanak. Nie była to łatwa walka. W końcu Raten, jak go nazywają w skrócie, po dziś dzień jest jednym z mistrzów miecza. Też zobaczył to czego nie widział w żadnym ze swoich przeciwników. Wtedy powiedział do Hanimira: „Hanimirze Nodimirowiczu Jatcev, zaprawdę powiadam, że w przyszłości zostaniesz wielkim mistrzem miecza. Taka jest wola Jartuna, boga szermierzy i mieczników. Bądź pochwalony. Nich spłynie na ciebie łaska pana…”. Hanimir bardzo głęboko wierzy w przepowiednie swojego guru, dla tego też bardzo dzielnie znosi lanie Khaaia. Wracając do karczmy w zapyziałej dziurze daleko na wschodzie przy Górach Granicznych. Na prawo z perspektywy jest kolejna izba w której mieszkają najbiedniejsi klienci przybytku. Po środku jest kolejne palenisko a wokół ułożone są posłania dla trzynastu osób. Bardzo często wszystkie są zajęte gdyż ostatnimi czasy podróżnych tu nie brakuje. W sumie nigdy nie brakowało ponieważ wioska jest usytuowana na szlaku handlowym między zachodem a Unteri, królestwem krasnoludów wschodu. Nie jeździ tędy wielu kupców. Jeżdżą raczej podróżnicy i uciekinierzy. Czy to w jedną czy to w drugą stronę. Podobno niektórzy uciekają za Wielki Mur, dalej na wschód. Ale wątpię w to. Jak już wcześniej zostało wspomniane przybywa tu wielu bardów, którzy często śpią w izbie dla najmniej zamożnych. W najlepszym pokoju mieszkają zazwyczaj krasnoludowie którzy uwielbiają pieśni Grającej Rodziny i dużo płacą w swojej walucie za nocleg i przyjemności. Nie muszą płacić aż tyle, ale płacą bo uwielbiają bardów. Powracając do głównego wątku. Khaai przybył do karczmy by napić się wybornego krasnoludzkiego portera i pooglądać spektakle grajków. Lubi też sobie popić z Hanimirem i kilkoma bywalcami karczmy. Gdy dziś podszedł do kontuaru zamiast usłyszeć pytanie: „Co podać?”, usłyszał brzdęk monet i usłyszał: „Czujesz potrzebę zakrwawienia ostrza?” Khaai oczywiście nigdy w życiu nie odmówiłby takiej propozycji. Zwłaszcza, że wytargował pięć darmowych kolejek dla siebie i Hanimira. Więc nie odmówił. Dla Khaaia była to propozycja bardzo na rękę. Mógł w końcu zamordować kogoś dla pieniędzy, mógł sprawdzić wartość ostrza swego i najważniejsze wartość ostrza Hanimira i dać mu ostatnią lekcję. Przygotowania nie trwały długo. Khaai i Hanimir osiodłali konie, przygotowali broń i zapasy i ruszyli o świcie, który jak się okazało tego jesiennego dnia okazał się wyjątkowo był dość późno. Według zegara mechanicznego w karczmie była już prawie południe. Czy może libacja alkoholowa z dzisiaj przyczyniła się do tego? Mieszam czasy… Wszystko się już stało… Czy może się dopiero stanie?... Czy może nigdy się nie stało, ani nie stanie?... Nieważne… Libacja alkoholowa z dnia poprzedzającego wyjazd. Do obozu bandytów z północnego zachodu było dość blisko, jakieś pół dnia drogi. Więc jeśli się sprężą zdążą na kolację. Po drodze dopadła ich straszna śnieżyca co opóźniło ich marsz o około czterdzieści trzy minuty i… piętnaście sekund. Mogą się troszkę spóźnić na kolację. Szkoda… Podobno niezły kucharka z Uteriny… Tak czy inaczej w obozie zastali tylko pięciu ludzi, ale byli inni. Piętnaście orków, sześciu elfów i trzy gnolle. Banda jak z bajki normalnie. Na szczęście Khaai jeszcze nie zapomniał jak się używa łuku i wybił troje elfów na dzień dobry. Hanimir też całkiem nieźle strzela i ubił dwójkę orków. Pozostali się rzucili i rozpoczęła się dzika walka na miecze i inną broń. Zostali pokonani w cztery minuty co do sekundy. Kiedyś dawno temu jeszcze w czasie wojny Khaai powiedział, że potrafi pokonać każdego w cztery minuty, ni mniej ni więcej. Do tej pory się sprawdza. Nigdy nie przegrał, ale zawsze wygrał dokładnie w cztery minuty. Ni mniej ni więcej. Nawet jak się bije na pięści. To najpierw się bawi z przeciwnikiem by w trzeciej minucie i pięćdziesiątej siódmej sekundzie zadać ostateczny cios. Ofiara spada trzy sekundy. Na ziemi jest po czterech minutach. Niezły mordobijec z tego Khaaia. Na samym końcu obozu jest budynek. Prawdopodobnie bandyty z północnego zachodu. I tak w istocie jest. Kiedy Khaai i Hanimir weszli Tarislav akurat gwałcił jakąś dziewczynę. Padł bardzo szybko. Nawet nie zauważył kiedy jego makówka odłączyła się od reszty ciała. Gwałcona dziewczyna, nastoletnia, lekko ruda, dość niska, o wyjątkowo kobiecych kształtach, potwierdziła tożsamość trupa i szybko się ubrała. Jako, że Hanimir jest znacznie młodszy i przystojniejszy od Khaaia to dziewczyna podbiegła do Khaaia i powiedziała, że dziękuje i spytała się.
- Weźmiecie mnie ze sobą? -  płacz
- Dla czego nie? -  odpowiedział Khaai – co ty na to młody?
- Tak, nie możemy jej tu zostawić.
Rozmowa była oczywiście dużo dłuższa, bo dziewczyna opowiadała całą historię tego jak się tu znalazła, jak się nazywa i skąd pochodzi. Była bardzo zdruzgotana. Jej twarz była czerwona od płaczu i uderzeń. Policzki były mokre od łez. A ciało było posiniaczone od kolejnych uderzeń. Ta piętnastoletnia dziewczyna przeżywała istne piekło przez dwa tygodnie. Była codziennie gwałcona przez wszystkich ludzi w obozie. Reszta podobno ma swoje dziewczyny, które także wypadałoby uratować. Ich rodziny nie żyją. A młoda dziewczyna nazywa się Izabella i pochodzi daleko z zachodu. Z okolic Kazimierowa. Łowcy niewolników porwali ją i zamordowali jej rodzinę czterdzieści dni temu. Bohaterowie wybawiciele uratowali inne dziewczyny z budynków orków, elfów i gnoili. Dwie z budynku orków były już martwe. Za to dziewczyna z budynku elfów, była prawie nienaruszona, ponieważ elfowie zostali bandytami gdyż byli orientacji homoseksualnej i uciekli ze swoich domów szukając nowego by uciec od nietolerancji i nienawiści. Tu też ją znaleźli. Ale jeden z orków, którego imię nie sposób powtórzyć, stwierdził, że „Wszyscy uciekliśmy z naszych domów, bo nie byliśmy tolerowani prawda? Ja wraz z moimi trzema braćmi zostałem wygnany za kradzieże i rozboje. Elfowie zostali wygnani za to, że byli inni od reszty. Osobiście nie toleruję całujących się chłopów. Ale to jest obóz w którym każdy może być kim chce. Więc jeśli elfowie mają zamiar się miziać ze sobą to mogą to robić byleby nie wkurwiali nas tym.” Całość przetłumaczył na normalny język jego bękarci brat półork. Tak więc elfowie znaleźli azyl dla siebie, ale dziewczynę i tak dostali. Dziewczyna, brązowowłosa, siedemnastoletnia, szczupła i dość wysoka, pochodziła z tej samej wioski co Izabella i nazywa się Maria. Następna ocalała też nie została tknięta ponieważ gnolle wolą się wymykać i pieprzyć swoje własne kobiety niż ludzkie kobiety. Dziewczyna, jasnowłosa, wysoka, o bardzo wyrazistych kobiecych krągłościach, osiemnastoletnia nazywa się Hanna i pochodzi z sąsiedniej wsi Izabelli i Marii. Dwie martwe zostały zjedzone przez orków. Izabella była w najgorszym stanie, dla tego tak bardzo zmiękczyła żelazne serce Khaaia, że pozwolił Hanimirowi ją wieść. Dziewczyna mocno się przytuliła do młodzieńca i nie mówiła nic przez całą drogę. Maria i Hanna jechały razem na jednym koniu tuż obok Khaaia. Maria, która jest diabolicznie podobna do jego zmarłej dawno temu córki, znowu zmiękczyła jego serce tak, że pozwolił jej jechać z nim na koniu. Jego koń mocny ogier da sonie radę. Hanna, najstarsza z dziewczyn zachowywała powagę. Khaai był za stary by zwracać uwagę na jej falujące piersi, a Hanimir był zbyt zajęty rozmową z wtuloną w niego Izabellą którą zaczął nazywać w skrócie Iza. Bardzo jej to się spodobało. Po pewnym czasie jazdy Hanimir zamienił się miejscami z Izą i ta siedziała z przodu zasypiając w jego ramionach. To samo się stało z Marią. Hanna dalej niewzruszenie jechała na swoim koniu nic nie mówiąc. Okazało się, że będą musieli rozbić obóz na cztery godziny jazdy od wsi. Na szczęście Khaai się zabezpieczył. Wziął ze sobą namiot i posłanie dla jednej osoby. Hanimir zabezpieczył się trochę mniej bo miał tylko posłanie. Na szczęście Namiot był troszkę większy nieżeli się wydawało i zmieścili się pod nim wszyscy. Po lewej stronie Khaai, obok Maria, dalej Hanna, Iza i Hanimir. Zasnęli bardzo szybko. Noc minęła szybko i spokojnie. Ruszyli o świcie. Nie śpieszyli się za bardzo. Ale dojechali. Na miejscu karczmarz ogłosił, że w końcu jego zemsta planowana piętnaście lat została zatwierdzona. Dał pękatu worek pieniędzy Khaaiowi, który zafundował dziewczynom jedzenie i zaproponował im tymczasowe mieszkanie w jego domu. Dziewczyny się zgodziły. Iza zauroczona Hanimirem spytała się czy może on zostać jej opiekunem i obrońcą jej zhańbionej cnoty. Hanimir się ochoczo zgodził, gdyż młodziutka dziewczyna tak zauroczyła go swoją niebywałą urodą, delikatnym pięknem i czystością duszy, że obiecał jej wierność do końca swojego życia, nawet jeśli jej się skończy szybciej. Maria poprosiła Khaaia o osobistą opiekę na co stary weteran przystał. Hanna która zdaje się być silną niezależną kobietą, przystała na propozycję Khaaia i zamieszkała w jednym z niezamieszkanych pokoi. Jednym z czterech w ogóle. W następnych dniach, tygodniach, miesiącach nowa rodzina byłą bardzo zżyta ze sobą. Khaai był ojcem całej rodziny. Maria zastąpiła mu jego ukochaną córkę i znowu poczuł co to jest miłość. Młodziutka Hanna mimo ogromnej różnicy wieku zakochała się w starym rycerzu i obiecała mu wierność dopóki dopóty sam Khaai jej nie zwolni z obietnicy lub śmierć go nie zabierze. Postanowiła, że poślubi go starą tradycją słowian, by móc legalnie uważać się za jego partnerkę i dzielić z nim łoże. Hanimir i młodziutka Iza również szybko się w sobie zakochali. Zhańbiona Iza długo nie pozwalała mu dostać się do jej łona, a on sam nie nalegał, gdyż uważał, że i tak całe życie przed nimi, więc nie trzeba się spieszyć. Maria która odnalazła w Khaaiu ojca, przez długi czas nie znalazła miłości. Miłość sama ją znalazła. W postaci młodego wędrownego filozofa propagującego nową filozofię która mówiła o tym, że przemoc do niczego nie prowadzi. Nazywa się ta filozofia Pacyfizm od twórcy Pacyfa z Yntuaieux. Po pewnym czasie jako, że wszyscy żyli pod opieką Khaaia i wszyscy byli sierotami, wszyscy przyjęli nazwisko rodowe Khaaia, którego on sam nie używał od prawie czterdziestu lat. Żelawski.



XI

„Praca najwyższą wartością” brzmi dewiza boga pracy Maritena. Jego kult jest obecny wśród rzemieślników, chłopów i wszystkich grup społecznych które pracują fizycznie. Czyli także Dunvalda. Dunvald z zwodu jest garbarzem w galijskim miasteczku kilka godzin drogi od zachodniego wybrzeża Galii. Praca jest wszystkim co pozostało Dunvaldowi po wojnie. Sam nie brał udziału w wojnie, ale gdy był w interesach w mieście nad morzem jego rodzimą wioskę zaatakowali Germanie i doszczętnie spalili zabijając wszystko co się poruszało. To był jeden z ostatnich wypadów Germanów w czasie wojny, ale też jeden z najbardziej brutalnych. Dunvald stracił najbliższych i cały interes. Wyemigrował więc na południe i osiadł się w miasteczku w którym żyje obecnie. Miasteczko nie jest zbyt duże. Zamieszkuje je około tysiąca dwustu mieszkańców. Urodziwe też nie jest, a zwłaszcza późną jesienią. Dunvald szybko się zaaklimatyzował i zbił niezły interes z gospodarzami z okolicy na surową skórę i wręcz genialny interes na wygarbowaną skórę z krawcami i kowalami. Nieźle się dorobił, ponieważ sam był utalentowanym garbarzem. Wiele lat doświadczenia w fachu robi swoje. Jednakże spokojne życie rzemieślnika miało zostać zakłócone, ponieważ do jego miasteczka przybyli strasznie dziwni ludzie w czarnych kapturach. Czarne kaptury zawsze oznaczają kłopoty. Tym razem nie miało być inaczej. Przynajmniej tak myślał Dunvald. Zdawało mu się, że już widział gdzieś te czarne kaptury. W sumie wielu oszołomów nosi takie dziwne kaptury, więc mógł się mylić. Niestrudzony więc powrócił do pracy. Miał bardzo ważne i przede wszystkim bardzo dochodowe zlecenie od Imatierra kowala. Nic dziwnego nie działo się dnia w którym przybyli zakapturzone postacie. Następnego dnia również. Tylko jakoś dziwnie się zachowywali. Nie zdejmowali kapturów nawet gdy popijali piwo w niezliczonych ilościach. Całymi godzinami się włóczyli po okolicy. I tak przez kilka następnych dni. „Jakieś oszołomy” pomyślał widząc ich Dunvald. Jako, że kontrakt z kowalem został sfinalizowany garbarz postanowił się napić. „Praca najwyższą wartością” brzmi jedna z dewiz Maritena, jednakże jest jeszcze inna: „Ciężka praca jest usprawiedliwieniem ciężkiego picia”. Dunvald jako zdeklarowany wyznawca Maritena trzyma się wszystkich jego zasad. Jedna z nich brzmi: „Pracę należy wykonać do końca”, następna: „Praca ma być wykonana porządnie”, następna: „Każde dzieło rąk wykonawcy pracy ma być godne Mego imienia” i ostatnie: „Dobrze wykonaną pracę należy uświęcić jednym dniem wolnym od pracy i przeznaczonym na cieszenie się z wykonanej pracy, oraz wypicie za zdrowie pracowników i uświęcić toastem Moje imię”. W wielu społecznościach jeden z dni tygodnia nazywa się Maritenaht, czyli dzień Maritena, zazwyczaj tego dnia rzemieślnicy piją za zdrowie pracujących i wznoszą toast za Maritena. Tak więc jedno z określeń Maritena: Bóg Ludu zdaje się być bardzo prawdziwe. Dlatego też Dunvald wraz z innymi pracującymi zaczęli opijać swój sukces. W karczmie w Dainateux, bo tak nazywa się miasteczko w którym żyje Dunvald, była i dalej jest sala dla pracujących. I w tej właśnie sali wszyscy oni piją. Tamtego dnia nie było wcale inaczej. Jedyną dziwną rzeczą w całym tym zdarzeniu było to, że oszołomy w kapturach zamówili nietypowo wino. Nic poza tym. Następnego dnia Dunvald zaczął szukać kolejnej pracy. Nie znalazł. Więc poszedł wieczorem do karczmy by spokojnie wypić z kolegami pracującymi. Jak postanowił tak zrobił. W trakcie popijawy dowiedział się, że Yaren, gospodarz z okolicy, ma na sprzedaż trochę świńskiej skóry. Dunvald postanowił, że ubije z nim interes, ale następnego dnia. Czarne oszołomy tym razem standardowo zamówiły piwo. Następnego dnia Dunvald pojechał do Yarena i zakupił 8 sztuk świńskiej skóry po świetnej cenie i wrócił do domu w celu wygarbowania jej i sprzedania komuś. Podpisał kolejny niezwykle lukratywny kontrakt tym razem z Augustem krawcem. Na zlecenie miał trzy dni. Pracę wykonał na czas i poszedł do karczmy się napić. I tego właśnie dnia zdarzyła się naprawdę niezwykła rzecz. Oszołom w kapturze podszedł do Dunvalda i dał mu zlecenie. Nie było to zwyczajne zlecenie. Termin wynosił aż dwa tygodnie, cena była kosmicznie diabolicznie wysoka, a materiał strasznie nietypowy. Dunvald dostał do wygarbowania trzydzieści skór narvahala, sporych rozmiarów kota zamieszkującego wzgórza kilka dni na wschód. Jedna skóra na jeden dzień. Niezbyt trudna robota. A skóra narvahala się łatwo garbuje i przy tym nie traci swojej miękkości. Jest mocna i miękka. Bardzo mocna. „Skąd te oszołomy mają skóry narvahali? Skąd na bogów mają aż trzydzieści tych skór? Na jakiego diabła są im je potrzebne? Te oszołomy to prawdziwe oszołomy jednak.” Pomyślał Dunvald. Ale nie przejmował się tym. Praca to praca. A pracę trzeba wykonać. Tak mówi Mariten. Trzydzieści skór, trzydzieści dni. Dunvald jak zwykle wykonał pracę na czas. Dostał swoją dolę i postanowił czekać następne dziesięć dni na wymarzony Maritenaht. Jednakże jego spokój zmąciła kolejna sytuacja z oszołomami w kapturach. Jeden z nich zaproponował Dunvaldowi pewien układ. Polegał on na tym, że Dunvald wyruszy z nimi, a oni sprawią, że odzyska to co utracił w przeszłości. Był bardzo przekonujący. Dunvald się zgodził. Jednakże też postawił warunki. Nie może mu się nic stać inaczej oni sprowadzą na siebie gniew Maritena. Takie prawo mają pracujący którzy otrzymują nietypowe zlecenia. Czarny oszołom przystał na warunek Dunvalda. Wiedział również jak ważny dla pracującego jest Maritenaht więc postanowił, że wyruszają za dwanaście dni. Dunvald więc ma dzień na wytrzeźwienie po Maritenahcie i całe dziewięć dni na przygotowania do nietypowej misji jak dla pracującego. U kowala zamówił miecz. U krawca skorznię, a u stolarza tarczę. Do tego wszystkiego dał kilku pracującym grupowe zlecenie wykonania butów. Wszyscy się dziwili dla czego pokojowy Dunvald szykuje się na wojnę, ale ten ich zbywał mówiąc „Chyba musze ja jakoś tarczyć zad przed Giermaninoma nie?” Tak czy inaczej w Maritenaht nachlał się jak nigdy wcześniej w życiu. Nie pamiętał jak i kiedy wrócił do domu, ale trafił. Z dość uszczuploną sakwą. Cały dzień pił kozie mleko i poszedł spać o zmroku. Następnego dnia o świcie zbudziło go pukanie. Był to jeden z oszołomów. Dunvald przysposobił się do wymarszu. Zabrał jedzenie i wodę na kilka dni. Na szczęście nie musiał kupować konia ponieważ zakapturzeni mieli jednego wolnego konia. Ich konie były równie dziwne jak oni sami. Jednakże szybkie i mocne. Po drodze jeden z oszołomów mówił coś o wielkim skarbie i nagrodzie za niego. Mówił też coś o ruinach starożytnej elfiej fortecy na wzgórzach kilka dni drogi od Dainateux. Kiedyś tak gęsto zaludniona centralna Galia teraz jest prawie całkowicie opuszczona. Gdzieniegdzie są tylko wsie drwali. Wojna odbiła tutaj wyjątkowo swoje piętno. Ta niegdyś piękna, pięknie zabudowana i gęsto zamieszkana kraina została prawie doszczętnie zniszczona ponad czterdzieści lat temu. Mieszkało tu bogate w piękną i bojowniczą historię plemię elfów, przez niektórych nazywane Miedzianymi Elfami, od koloru ich skóry. Dzięki tym elfom kultura galów stała się tak bogata w sztukę, muzykę i dobrą kuchnię. W czasie wojny Germanie postanowili zniszczyć tę krainę. Co im się udało. Większość elfów i galów została zamordowana. Nawet teraz, po czterdziestu latach można znaleźć wielkie mogiły i pola na których na pale zostawali wbijani przeciwnicy Germanów. Części elfów udało się uciec na wschód, przez Dzikie Góry, do Doliny Tandawy. Stamtąd zaczęli planować swoją zemstę. Ruiny do których zmierzają oszołomy i Dunvald jest starsza niż większość miast na kontynencie. Podobno znajduje się tam artefakt o potężnej mocy którym można przywracać zmarłych do życia. Jednak Dunvald o tym nie wiedział. Po kilku dniach podróży garbarz dowiedział się do czego były potrzebne te skóry. Oszołomy przygotowały z nich specjalne kaftany i worki. Jeden z kaftanów dali Dunvaldowi. Zbroja ta była bardzo lekka i wytrzymała, do tego praktycznie nie ograniczała ruchów. Świeżo ugotowany poszukiwacz skarbów szybko przebrał swoją toporną skorznię, przypiął miecz, na plecy zawiesił tarczę na plecach i ruszył, tym razem już pieszo, za oszołomami. Droga prowadziła zarośniętą ścieżką ku górze. Był to bardzo ciężki trakt do przebycia więc poszukiwacze przybyli na miejsce dopiero pod wieczór. Postanowili rozbić obóz pod ruinami i ruszyć o świcie. Przez cały tan czas oszołomy nie zdradzili swojej tożsamości i nawet na chwilę nie pokazali twarzy. Jak postanowili wieczorem, tak zrobili rano. Wstali ciut świt. Biorąc pod uwagę, że już jest zima i w północnej Galii spadły pierwsze śniegi. Poszukiwanie wejścia do ruin zajęło im kilka godzin. Jednakże dzięki spostrze- gawczości Dunvalda odnaleźli je. Wejście było dobrze zamaskowane. Matka natura się spisała. Za obalonym konarem dębu był wyłom w murze na tyle szeroki aby zmieściła się tam jedna osoba. Tak więc ta dziwna kompania wkroczyła do ruin Aithar G’abana. Przed towarzyszami ukazał się brukowany porośnięty mchem dziedziniec, a na środku dziedzińca posąg elfickiego bohatera. Za dziedzińcem były wrota do stołpu fortecy. Zbutwiałe od wilgoci i czasu. Nie były trudną przeszkodą dla kompanów. Po wejściu do stołpu jeden z oszołomów wyciągnął starożytną mapę która przedstawiała fortecę i wzgórze na której ów forteca się znajdowała i dalej prawdopodobnie się znajduje. Według oszołoma kompania powinna pójść do prawego skrzydła zamku i znaleźć wejście do lochów. Jak postanowili tak zrobili. Po drodze mijali kolejne regały i stoły pokryte pajęczynami. Wszystko było wykonane z dziwnego odpornego na działanie korników i czasu drewna. Podobnie jak drzwi do piwnicy. Gdy otworzyli drzwi do piwnicy ukazało im się coś dziwnego. Coś naprawdę fascynującego. W piwnicach ruin starożytnej fortecy ucztowali elfowie. Ale nie ci znani z naszych czasów. Ucztują tu elfy które od tysiącleci są uważane za rasę wymarłą. Nie zwrócili uwagi na przybyszy. Dopóki oszołomy nie zdjęły kapturów. Okazało się, że oszołomy są przedstawicielami tej samej rasy elfów co biesiadujące tu osobistości. Wszystkich oczy skierowały się ku Dunvaldowi. „To on!...” powiedział jeden z nich. „Jesteśmy uratowani!” powiedział następny. Dunvald był cholernie zdezorientowany. Wszyscy biesiadnicy zdjęli swoje wierzchnie ubranie i ukazali swoje skórzane kaftany ze skóry narvahala. Dunvald był coraz bardziej zdezorientowany. „O co tu do stu diabłów chodzi?” pomyślał. Jeden z oszołomów powiedział, że dziś ma spełnić się przepowiednia zapisana wiele tysięcy lat temu. Zaprowadził go do czaszy która była wypełniona krystalicznie czystą cieczą. Nakazał Dunvaldowi spojrzeć w zwierciadło cieczy. Garbarzowi ukazała się jego podobizna w dziwnej koronie, z jeszcze dziwniejszym kamieniem po środku. „Ta korona znajduje się w tym zamku dziedzicu i tylko ty jesteś w stanie ją odnaleźć ” Poziom zdezorientowania Dunvalda tysiąckrotnie przekroczył maksimum. Jak galijski garbarz miałby być jakiś dziedzicem jakiejś dziwnej elfickiej korony? Ale dla czego by nie spróbować? I właśnie tak pomyślał sobie wtenczas Dunvald. Spytał się gdzie ma szukać i dobył swojego świeżego miecza który nawet nie był ostry. Elfowie odpowiedzieli mu, że zwierciadło da mu odpowiedzi na wszystkie pytania. I tak też się stało. W odbiciu zwierciadła zobaczył tajemne drzwi, których do tej pory nikt nie widział. W sumie dalej nikt poza Dunvaldem ich nie widział. Dziedzic podszedł do tajemniczych drzwi i od razu gdy je dotknął zaczęły się otwierać. Dunvald podszedł ponownie do zwierciadła. Tym razem ukazała mu się cała droga przez tajemne komnaty fortecy. Widok ten bardzo mocno wyrył się w pamięci byłego garbarza. Widział je przed sobą przez cały czas. Szybko ruszył przez korytarz w kierunku, który pokazuje mu obraz, który widział w zwierciadle. Po drodze nie minął niczego ciekawego poza bardzo ciekawymi płaskorzeźbami, które przedstawiały władców fortecy sprzed tysięcy lat. Droga do sali w której powinna się znajdować korona nie była zbyt długa. Na samym końcu ukazała się obszerna sala w której znajdowały się ustawione po kolei kamienne trony na których spoczywały rzeźby przedstawionych wcześniej władców fortecy. Na samym końcu stał główny tron na podniesieniu z osadzonym na nim dumnie siedzącym posągiem najprawdopodobniej pierwszego władcy fortecy. Jednakże na żadnej z rzeźb nie było widać korony. Elfowie zaczęli wątpić gdy Dunvald dostrzegł coś w dłoni siedzącego na najwyższym tronie. Była to kamienna księga, a na stronach które były aktualnie otwarte były napisane słowa których Dunvald nie był w stanie przeczytać. Jeden z oszołomów podszedł do księgi zaczął czytać: „Tiarie anado ty’Aramus! Un  ahatie dun g’astatai gihate tan aramusi manari, ondare tempusi raz wet. Qitarai Mytare utna haksari. Arame Mytare utna haksari. Tiarie anado ty’Aramus!” Co w przetłumaczeniu na nasz oznacza. „Niech żyje król! W dniu w którym powróci królewski dziedzic, bieg czasu zmieni się. Korona Wieków powróci. Królestwo Wieków powróci. Niech żyje król!” Te elfy chyba nie lubiły się rozpisywać. Po tym jak jeden z oszołomów przeczytał i przetłumaczył inskrypcję Dunvaldowi na środek sali padło nie wiadomo skąd światło. Światło oświetlało małą kolumienkę na której utytułowana była Korona Wieków. Nikt poza Dunvaldem tego nie widział. Dopiero gdy Dunvald stanął naprzeciwko Korony wszyscy zobaczyli co się dzieje… A zaczęło się dziać sporo. Kamienni królowie powstali. Król z najwyższego tronu również powstał i powiedział „Aramusi manari utna hakasare! Arame Mytare nadre raz! Tiarie anado ty’Aramus!” Zgromadzona gromada kamiennych królów zaczęła po nim powtarzać. I tak jeszcze wiele razy i głośniej. Dunvald w końcu się spytał oszołoma co oni wszyscy mówią. Odpowiedz brzmiała: „Królewski dziedzic powrócił! Królestwo Wieków odrodzi się! Niech żyje król!” Kamienni monarchowie jeszcze kilkakrotnie powtarzali te słowa, aż siedzący na najwyższym tronie podszedł do korony, wziął ją w dłonie i podszedł do Dunvalda. Reszta kamiennych postaci uklękła, podobnie jak oszołomi i ci dziwni elfowie. Kamienny król nie był zbyt rozmowny. Zakładając koronę powiedział tylko „Tiarie anado ty’Aramus!” i rozsypał się w proch. Podobnie jak reszta kamiennych osobistości. Dunvald spytał się co ma robić. Oszołom odpowiedział: „Dziel i rządź Królu Wieków”.

XII

Morze jesienią jest takie zmienne i piękne. Doskonale ukazuje jaka matka natura potrafi być zmienna i kapryśna. Raz przyśle pomyślne wiatry innym razem wyśle sztorm. Z matką naturą nie ma żartów. Bardzo dobrze to wie Atekas, rybak. Atekas został osierocony gdy miał zaledwie cztery lata i od tamtej pory jest wykorzystywany jako niewolnik na przystani. Jego rodzice umarli gdy wypłynęli na morze i zaskoczył ich sztorm. Zycie Atekasa od samego początku było trudne. Choć ma teraz już dwadzieścia lat to dalej nie może odzyskać swojej wolności. Takie jest życie na pirackiej wyspie, w pirackim azylu… Piratom Wielka Wojna wyszła tylko i wyłącznie na dobre. W trakcie wojny okręty handlowe były słabiej strzeżone a handel na morzu Międzylądowym był bardzo rozwinięty. Niestety teraz na ów morzu powstał wielki wróg piratów. Republika Lopegardzka, która posiada najważniejsze porty na półwyspie Italskim i Dolinie Tandawy. Kilka miesięcy temu zaczęła się obława na piratów. Jeden z największych hersztów pirackich zaproponował reszcie przejęcie bardzo ważnej strategicznie wyspy. Sycylii. Sycylia, która była ongi siedzibą legendarnego króla Sycyla jest bardzo ważnym punktem strategicznym na morzu Międzylądowym, ponieważ z niej można kontrolować handel morski między wschodem, a zachodem. Piraci mają na tyle siły by zdobyć wyspę, ale kto będzie nimi dowodził? Nawet tak zdeprawowany lud jak piraci musi mieć jakieś prawa. I tak też jest. Nie ma ich wielu, ale jedno z nich brzmi: „Król piratów może prowadzić wojny w imieniu wszystkich piratów i inni piraci winni są mu posłuszeństwo.” Oczywiście od setek lat nikt nie widział, ani króla piratów, ani legendarnego kielicha króla piratów. Niektórzy powiadają, że gdy ostatni król piratów wypływał na następną ze swoich wypraw zostawił kielich gdzieś na zachodzie i powiedział: „Ten kto odnajdzie kielich, będzie mógł się ubiegać o godność króla piratów.” Przez pierwszych kilka lat wielu piratów podróżowało na zachód w poszukiwaniu kielicha, ale żaden z nich go nie odnalazł, a jeszcze mniej z nich wróciło by o tym powiedzieć. Teraz już większość piratów zapomniała o tym kielichu. Ale nie Atekas. Niewolnik piratów znał dobrze wszystkie pirackie legendy i podania. Tylko jak zwykły niewolnik ma namówić jakiegoś z hersztów piratów, by ten wyruszył na poszukiwanie kielicha? Bo tylko ten kto zdobędzie kielich będzie godny zjednoczenia piratów i dokonania czynu którego nie dokonał nikt od czasów Tiguryna. Jak któregoś z tych zadufanych w sobie zapijaczonych łbów przekonać? Niewolnik nie miał za wiele czasu by się zastanawiać. Był zajęty przebieraniem ryb. Co może zmienić nic nie warty niewolnik? A jednak, może. Atekas miał w sobie na tyle charyzmy, że przekonał innych niewolników by ci po cichu zaczęli przygotowywać do buntu, którego celem będzie, albo przejęcie jakiegoś okrętu i wypłynięcie w poszukiwaniu kielicha, albo przekonanie jednego z hersztów by to zrobił. Przygotowania trwały całą zimę i część wiosny. Każdy z niewolników przygotował sobie jakieś ostre narzędzie, lub jakąś pałę. Dzień na rewoltę był wręcz idealny. Prawie wszyscy piraci byli na morzu więc nie było wielu nadzorców niewolników. Bunt niewolników udał się bardzo dobrze. Jednakże jedyny obecny na wyspie herszt nie miał najmniejszego zamiaru oddawać okrętu, ani wypływać w poszukiwaniu legendy. Umarł. Niewolnicy przejęli okręt i razem z całym łupem popłynęli na kupieckie wybrzeże. Zdjęli bandery i przyodziali się jak kupcy. Za pieniądze jakie znaleźli na okręcie wynajęli nawigatora, najemników i wioślarzy. Na szczęście Atekas okazał się nie być głupcem i nie mówił nic najemnikom o celu podróży, ani o tym co mają na okręcie. Postanowił ich także rozbroić, a ich broń schować pod klucz. Jak dotrzeć znaleźć wyspę na której „Zima nigdy nie przychodzi.”? Ciekawe. Atekas postanowił zaczekać z osądem, aż dopłyną do oceanu. Jak postanowił tak zrobił. Po kilku dniach podróży żeglarze stwierdzili, że należy przybić do przyjaznego portu i uzupełnić zapasy ponieważ podróż może być jeszcze długa. Podróżnicy postanowili przybić do kei w Guiporcie, stolicy germańskiego rodu Guiwingów. Tam zatrzymali się na kilka dni. Gdy wędrowcy zeszli na brzeg, Atekas poszedł do najbliższej karczmy, by zamówić sobie piwo i spytać się o ciekawe rzeczy w okolicy. Dostał piwo, ale nie dowiedział się niczego konkretnego. Jakiś Pacyf założył zakon Pacyfistów. Na zielonej wyspie powstał Kult Natury. A państwo Guiwingów non stop atakują orkowie. Gdy Atekas spijał pianę ze swojego zimnego, ciemnego, pszenicznego piwa jego oczom ukazała się prawdopodobnie najpiękniejsza istota jaką w życiu widział. Młoda, ciemnowłosa, wysoka, szczupła, o wyraźnych kobiecych kształtach, odziana w szykowną zieloną suknię i zniewalająco pięknym uśmiechem na równie pięknej twarzy kobieta tak przykuła wzrok żeglarza, że ten wylał na siebie swoje piwo. Długi czas nie mógł oderwać od niej wzroku więc spytał się karczmarza kim jest ta kobieta. Karczmarz mu powiedział, że jest ona dziwką. Atekas wielce się zdziwił. Jak tak urocza kobieta, może być dziwką? Nie obchodziło to podróżnika. Podszedł do niej i nie zaczął rozmowy jakby chciał wynająć jej ciało. Wykorzystał stary jak świat trik z upadającym kapeluszem. Rzucił kapelusz pod nogi kobiety podszedł do kapelusza, wziął go, założył na głowę i powiedział wręcz rytualne słowa „Jakież to szczęście miał mój kapelusz upadając pod twymi stopy piękna pani.” Banalne ale zadziałało. Kobieta dała się zaprosić do stolika. Atekas zamówił dobre wino z którego słynie kraj Guiwinga, następnie polał trunku do swojego kieliszka i do kieliszka kobiety. Podczas rozmowy dowiedział się, że kobieta nazywa się Alemastra i jak już wcześniej słyszał, powiedziała mu, że jest dziwką i że nie da się wyrolować na kapelusz i dobre wino. Po dłuższej rozmowie jednak Alemastra przekonała się, że Atekasowi wcale nie zależy na jej ciele tylko na jej samej. Tak więc kontynuowała z nim rozmowę. Przesiedzieli tak cały dzień przy stoliku rozmawiając na różne tematy. Atekas ani razu nie wspomniał kim naprawdę jest i dokąd zmierza. Wynajął pokój do którego kobieta nie dała się długo zapraszać. Jako niewolnik Atekas nigdy w życiu nie miał sposobności kontaktu z jakąkolwiek kobietą więc to co kobieta zrobiła w pokoju bardzo go zdziwiło. Atekas i Alemastra usiedli razem na sofie i kontynuowali swoją rozmowę. Aż w końcu padło pytanie: „Dla czego to robisz?” „Nie mam wyboru, jestem niewolnicą.” Zdziwienie Atekasa sięgnęło zenitu. Po chwili namysłu Atekas postanowił powiedzieć, że sam też był niewolnikiem, ale udało mu się uciec i w taki sposób został kupcem. Słowa te zdecydowanie poruszyły Alemastrę. Zaczęła ona coraz bardziej zbliżać się do Atekasa.  Gdy rozmawiali dalej jej już prawie stykały się ze sobą. „Czy mi się zdaje czy ty próbujesz mnie pocałować?” spytał się zmieszany, aczkolwiek podniecony Atekas. „Powiedziałeś, że nie chcesz mojego ciała, a gdybym dała ci je w prezencie?” spytała się odpowiadając i stapiając swoje usta z jego ustami. Rzuciła się na niego kładąc na sofę cały czas całując. „Ale ja nie wiem co mam robić” powiedział lekko przestraszony Atekas „Ja się wszystkim zajmę kochanie, w końcu to moja praca.” Kobieta zaczęła odpinać guziki koszuli Atekasa nie przestając go całować. Sam Atekas poczuł coś czego nie czuł nigdy wcześniej. Niebywałą rozkosz i szczęście, ale i także nieziemskie podniecenie. Zaczął wczuwać się w swoją rolę sam zaczął odpinać swoją koszulę, by ją na koniec zdjąć. Kobieta zsunęła z ramion suknię i oto przed Atekasem pojawiło się nagie ciało kobiety w pełnej okazałości. Atekas szybko zdjął spodnie i oboje się rzucili na łóżko. „Czy zawsze odczuwa się to dziwne uczucie napięcie w okolicach krocza?” po raz kolejny spytał. „Ależ oczywiście, to jest część ludzkiej natury. Ale teraz nic nie mów. Na pewno nigdy nie zaznałeś miłości z kobietą jako niewolnik.” Atekas na początku kompletnie nie wiedział co robić, więc Alemastra mówiła mu co i jak. Aż w końcu zaczął rozumieć w czym rzecz i zaczął działać samodzielnie. Po kilku orgazmach i wielu godzinach rozkoszy oboje zasnęli. Następnego dnia z rana Alemastra obudziła Atekasa delikatnymi pocałunkami i przekonała do porannej dawki miłości. Po porannym stosunku, dalej leżąc w łożu znowu zaczęli rozmawiać. Alemastra mówiła coś o tym, że w Atekasie poczuła po raz pierwszy niejaki żar, którego nie dostrzegała w innych. Powiedziała też coś w stylu. „Było mi z nimi zimno jak w kraju z którego zima nie odchodzi.” Wtedy też Atekas dostał olśnienia. Wszyscy poszukiwacze szukali w złym miejscu. Zima nigdy nie przychodzi tylko tam skąd nigdy nie odchodzi. „Jesteś genialna.” Powiedział do Alemastry rzucając się na nią i obrzucając namiętnymi pocałunkami. „Jeśli chcesz możesz płynąć ze mną.” Powiedział. Ona odpowiedziała mu, że z miłą chęcią ucieknie z tego miejsca. Atekas nocą cichcem przemycił Alemastrę do swojej kajuty i po dwóch następnych dniach ogłosił, że już wie gdzie należy płynąć. Wszyscy byli zdziwieni ale się zgodzili Atekas i Alemastra stali się namiętnymi kochankami i po jakimś czasie żeglarz przestał to ukrywać. Jako, że był najstarszy z byłych niewolników, miał klucz do zbrojowni i kilku lojalnych ludzi, na pokładzie nie wybuchł żaden bunt. Podczas jednej z rozmów z Atekasem Alemastra powiedziała mu, że dał jej to czego nigdy wcześniej nie znała, uczucie. Szczęście nie tylko cielesne, ale i duchowe. Nigdy wcześniej tego nie czuła. Od razu gdy zaczęły pojawiać się jej kobiece atuty, czyli już w wieku dwunastu lat została wykorzystywana jako prostytutka dla najmłodszych. Jej najmłodszy klient, Sun bogatego kupca miał zaledwie trzynaście lat gdy zasmakował miłości cielesnej z kobietą-dziwką. Teraz ma już szesnaście lat i w towarzystwie stręczycieli i ludzi korzystających z usług stręczycielstwa jest uznawana za kurtyzanę, wyrafinowaną, drogą dziwkę. To się miało zmienić za sprawą jej wybawiciela Atekasa. Gdy żeglarze dopłynęli do zielonej wyspy zaczęli się zastanawiać gdzie to może być? Według legend Tiguryn odkrył wyspę na północ od Brytanii. Możnałoby to sprawdzić. Tak więc kompania wyruszyła na północ. Po kilku dniach rzeczywiście odkryli ląd. I to nie byle jaki. Był środek lata a na wyspie była zima. Pod wieczór dobili do brzegu. O świcie zbudzili ich mieszkańcy wyspy. Nie wyglądali na niebezpiecznych, wręcz przeciwnie. Byli wyjątkowo przyjaźnie nastawieni. Poprowadzili poszukiwaczy do swojego miasta. Miasto było całkowicie zbudowane z wulkanicznej skały, a wszystkie narzędzia wykonane z czarnego wulkanicznego metalu. Mieszkańcy zaprowadzili ich do jak gdyby świątyni. A w świątyni stał… Kielich, drewniany kielich z wyrytym imieniem „Tigur Nodyn” żeglarze byli wniebowzięci. Mieszkaniec w końcu odezwał się w zrozumiałem dla Atekasa języku. „Przybywasz tu jako pretendent tytułu króla piratów jak ongi młody Tigur z Brytanii przybył na tę wyspę jeszcze jako zagubiony rozbitek. Powiedział, że gdy nadejdzie czas kolejna osoba przypłynie na wyspę i odbierze ten kielich w którym została poświęcona moja dusza.” Legendy okazały się być prawdą. Legendarny Kielich Tigura zwanego Tigurynem. To dzięki niemu Atekas rozumie co mieszkaniec do niego mówił. I rozumie wszystko to co mówią do niego mieszkańcy. Wie także, że występujący tu rzadki metal jest niezwykle mocny i cenny. Przed wyjazdem kazał dla każdego poza najemnikami którzy pozostali na okręcie wykuć miecz z czarnego metalu. W prezencie Atekas otrzymał jeszcze mapę do zachodniej krainy. Czas na drogę powrotną. Jednakże ta nie okazała się być taka łatwa. Gdy podróżnicy dopłynęli do wybrzeży zielonej wyspy dopadli ich wysłannicy z Guiportu w celu odzyskania Alemastry. Przypłynęli w trzy okręty. Atekas kazał otworzyć zbrojownię i przekazać broń najemnikom i wioślarzom. Swojemu przyjacielowi, piętnastoletniemu Utikusowi nakazał pilnować Alemastrę, a sam ruszył do walki. Poczuł w sobie dzikość lwa, przebiegłość lisa i siłę niedźwiedzia. Zadawał tak potężne ciosy, że niektórzy przeciwnicy byli przecinani w pół. Nie oszczędzili nikogo, poza tymi którzy się poddali. Reszta została wybita, a kapitan został wzięty do niewoli. Piraci przejęli okręty wroga i w takim stanie dopłynęli do Guiportu, gdzie wypuścili jeńców poza kapitanem i zaczęli poszukiwać chętnych do dołączenia do floty pirackiej. Znaleźli wielu. Po trzech dniach byli gotowi do wypłynięcia. Ale ktoś ich znowu zatrzymał. Był to wściekły szlachcic wraz z małą armią. Atekas sam zszedł na ziemie i powiedział do tłustego szlachcica: „Kobieta jak i okręty są już moje.” Po czym okazał mu kielich Tiguryna i miecz za czarnego metalu. A szlachcicu nie zrobiło to wielkiego wrażenia więc Atekas powtórzył głośniej. Ale z taką mocą, że szlachcic i jego armia się poobalali. Wszyscy się przestraszyli i uciekli. A tłuściutki szlachcic zagroził Atekasowi, że jeszcze go znajdzie. Atekas niebardzo się tym przejął i wszedł na pokład. Popłynęli prosto na wyspę piratów. Na miejscu zastali wściekłych hersztów, którzy chcieli wydać im bitwę. Atekas ponownie użył potęgi swojego głosu by ich uciszyć. Poszedł do najwyższego pałacu do najwyżej izby w której już od kilkuset lat nie było nikogo, postawił na stole kielich Tiguryna i wezwał wszystkich hersztów na naradę. Nie mieli wyboru, musieli się stawić w najwyższej izbie przy podłużnym stole. Było ich piętnastu. Atekas zaczął przedstawiać im plan ataku na  Sycylię. Jednakże ten pomysł niezbyt podobał się niektórym z hersztów. Zwłaszcza, że właśnie rozkazywał mu jego niedawny niewolnik. Ale i ten dał się przekonać gdy Atekas jednym słowem wywalił go z krzesła. Gdy Atekas wraz z hersztami ruszył do portu by przysposobić się do inwazji, jeden z gapiów powiedział: „Oto świat odkryje, że nawet najmniejsi mogą stać się największymi.”

XIII

Jakie życie jest piękne… zwłaszcza jest się pięknym młodym i bogatym. A jeszcze lepiej gdy jest się wiecznie młodym, wiecznie pięknym i wiecznie bogatym. Jak na przykład Alexandr Draculesti. Tak, Alexandr jest wampirem. Bardzo, bardzo starym wampirem. Jednak jego życie nie ogranicza się do polowania na niewinne ofiary, nie. On zawsze pragnął i wciąż pragnie od swego nieżycia więcej. Nie bawią go typowo wampiryczne zabawy jak na przykład polowanie na dziewice. On zamiast wysączać z nich krew, woli wysączać z nich ich cnotę. Nie wykorzystuje w tym celu żadnych wampirycznych zdolności. Alex jest urodzonym zdobywcą… kobiecych serc. Po świecie szwendają się tysiące jego bękartów. Pół ludzi pół wampirów. Niektórzy nazywają je lampirami, lub nampirami. Alex zamiast oddawać się wamiprzej żądzy krwi, woli się oddać swoim hedonicznym żądzom. Błąka się po świecie szukając nowych wyzwań jak na przykład namawianie do niewierności żon, pozbawianie dziewictwa córek wielkich panów, lub zachęcanie do złamania ślubów kapłanek. Jest jedną z najbardziej poszukiwanych osób na całym świecie, lecz zawsze pod innym imieniem. Nikt nie zna jego prawdziwej tożsamości ani natury. Pewnego dnia, później jesieni postanowił zawitać do kraju Ugrów. Nugrai. Dowiedział się, że pewien szlachcic pragnie wydać swoją córkę za mąż. Idealne wyzwanie dla Alexa. Młoda, prawdopodobnie śliczna i dziewicza, do tego wydawana za mąż. Pięknie. Tak więc Alex przybył do stolicy kraju. N’Iuaszkaver. Od razu zaczął od podstawowych spraw jak rozpytanie się o ofiarę. Oczywiście tu już używał swoich zdolności. Dowiedział się gdzie mieszka, jak wygląda jej dom… i najważniejsze dowiedział się o niej samej. Piękna, siedemnastoletnia, brązowowłosa, średniego wzrostu, szczupła. Takie jakie Alex lubi najbardziej. A najbardziej Alexowi się spodobało to, że najprawdopodobniej zachowała jeszcze swą cnotę. Alex postanowił udawać złodzieja. Zakradł się do okna Nimedrieli, bo tak się nazywała owa kobieta, co nie okazało się być trudnym zadaniem, ponieważ strażnicy zostawiali wiele do życzenia. Obserwował ją jakąś chwilę stwierdził, że zaproszony do środka i tak nie wejdzie. Zmusił więc jednego ze strażników, by go wpuścił. I tak się stało. Poobserwował ją jeszcze jakąś chwilę. Grała na harfie ubrana już w nocną suknię z białego lekkiego materiału. Poczekał aż uśnie. Po kilkudziesięciu minutach usnęła. Więc przeszedł do dzieła. Wszedł do jej pokoju i po cichu zaczął zbierać cenne przedmioty. Jeden z nich niby niezdarnie upuścił tak by zbudził z wątłego snu dziewczynę. Tak też się stało. Lekko przestraszona zaczęła się rozglądać po pokoju i pytać się co się dzieje. Alex udał spłoszonego wyrzucił wszystko z rąk i podbiegł do okna. Pokój Nimedrieli usytuowany był na trzecim poziomie. Udał, że zwątpił i poczekał aż ta zapali świecę. Nie musiał czekać długo. Dziewczyna spytała się kim jest, on udawał przestraszonego złodziejaszka i zaczął ją błagać by nie oddawała go straży. Następnie zaczął prawić komplementy jej wdziękom, urokowi i pięknym rysom twarzy wymigując się, że tak piękna kobieta nie powinna być zbyt surowa. Następnie udawał, że nie chciał tego robić, ale jego pracodawca by go zabił. I znowu zaczął prawić jej komplementy wymigując się. Dało skutek. Dziewczyna się zaczerwieniła i zaczęła mówić, że taki przystojny mężczyzna nie powinien być, złodziejem i zakradać się cichcem do pokojów dam. Następnie zaczął mówić, że powinien już iść, ale ta go zatrzymała odwracając go w swoją stronę. Powiedziała, że jeśli przybył tu coś jej ukraść to powinien to zrobić. Zaczął się rozglądać po pokoju co by mogło zadowolić jego wymyślonego szefa, a gdy odwrócił się by przedstawić jej jakikolwiek przedmiot i spytać się jej czy może być, ona zaczęła zdejmować suknię i powiedziała: „Możesz skraść mi moje dziewictwo.” Alex oczywiście nie odmówił. Przeszedł do dzieła. Gdy dziewczyna zdjęła wierzchnie ubranie ukazało mu się idealne ciało młodej kobiety z idealnymi kobiecymi kształtami. Szeroka w biodrach, wąska w talii, piersi nie za małe nie za duże i ogólna nie za gruba nie za chuda sylwetka. Idealna. On też zaczął pozbywać się wierzchniego ubrania i przeszedł z nią do łoża. Alex zdecydowanie nie należał do bezmyślnych gwałcicieli którym zależy jedynie na władowaniu jak największe ilości nasienia w drogi rodne kobiety. Alex wolał dać kobiecie maksimum przyjemności i rozkoszy. Zaczął powoli od delikatnych pieszczot i lekkich pocałunków na całej powierzchni ciała. Aż doszedł do jej ust i zaczął ją namiętnie całować. Jej się to zdecydowanie podobało. Następnie przeszedł do jednej z ulubionych czynności w trakcie erotycznej ekstazy. A mianowicie do miłości galijskiej. Zaczął najpierw delikatnie całować jej łechtaczkę. Następnie przeszedł do lekkiej penetracji jej pochwy za pomocą języka. Gdy zauważył, że dziewczyna zaczyna się rozpływać w seksualnej rozkoszy zaczął coraz mocniej i do dzieła przeszły dłonie. Wsunął dwa palce w miejsce wilgoci i zaczął powoli i miarowo penetrować wnętrze Nimedrieli. Bardzo szybko doprowadził ją do pierwszego orgazmu. Gdy dziewczyna wróciła na chwilę do świata żywych powiedziała: „Zrób to w końcu! Ukradnij najcenniejszą rzecz w moim pokoju! Odbierz mi wreszcie cnotę!” Alex nie zwlekał długo z wykonaniem rozkazu. Jednakże pieszczenie i dopieszczanie kobiet było dla niego jak picie miodu i bijatyki dla Norga. Gdy już w końcu postanowił sfinalizować rozkaz, usiadł, chwycił ją za talię i posadził na swoich biodrach. Wyraz twarzy i uśmiech rozkoszy z pewnością potwierdziły, że nocny złodziejaszek zdobył swój łup. Kochał się z nią całą noc pieszcząc i dając mnóstwo przyjemności i rozkoszy. Nadszedł świt, Alex stwierdził, że już czas na niego. Młoda kobieta nie chciała, żeby on ją opuszczał, więc spędzili jeszcze dobrą godzinę stojąc przy oknie i całując się dziko i namiętnie. Fakt, że on był już w pełnym ubraniu, a ona naga całkowicie jej nie przeszkadzał, gdyż w dalszym ciągu mógł się zająć pieszczeniem jej młodego idealnego ciała. Podczas gdy ona siedziała na krześle, a on wykonywał miłość galijską do pokoju wszedł ojciec dziewczyny. Ona dopiero po chwili zorientowała się co zaszło, a Alex osunął się od łona Nimedrieli, założył zawadiacko kapelusz, uśmiechnął się szyderczo i wyskoczył mówiąc w myślach dziewczyny: „Byłaś pierwszą która dała mi tyle radości.” W tych słowach nie było kłamstwa. Rzeczywiście ta dziewczyna pokazała mu, że miłość fizyczna ma jeszcze przed nim wiele tajemnic. Ona była przykładem czystej pasji. Postanowił, że do tej jeszcze wróci, ale dopiero jak zgubi pościg, bo wściekły ojciec od razu kazał wysłać za Alexem strażników, a dziewczynę kazał zamknąć w najwyższej wieży swojej willi. Pościg nie trwał długo. Ścigali go zaledwie kilka godzin. Zapuścił się z nimi w las zauroczył i po kolei zaczął wysysać tyle krwi ile było mu potrzebne do przeżycia. Po pożywieniu się kazał im wrócić do ojca i powiedzieć mu, że zbój uciekł. Więc Alex postanowił pójść do karczmy by napić się ulubionej Ugryjskiej whisky. W karczmie spędził kilka godzin, a później dni i dowiedział się, że mimo wszystko doszło do zaślubin Nimedrieli. Teraz mieszkała ona w zamku kilka godzin drogi od stolicy. Alex nie marnował czasu. Przez kilka dni rozglądał się po zamku jako sługa. Po jakimś tygodniu postanowił, że wyśle męża na ważne spotkanie do drugiej części zamku, a on sam znowu odwiedzi dziewczynę która dała mu tyle szczęścia. Jak postanowił tak zrobił. Zaaranżował całe spotkanie i zmusił uczestników do tego by spędzili na nim cały dzień i całą noc. Służbę namówił do tego, aby nie zbliżała się do skrzydła żony, a sam tam poszedł. Gdy wszedł do jej pokoju zobaczył jak ona siedzi przy swojej harfie grając jakąś smutną melodie i płacząc okrutnie. Gdy go zobaczyła od razu się ucieszyła i rzuciła na niego szepcząc mu do ucha: „Nie kocham tego człowieka, kocham ciebie. Uwolnij mnie od niego zabij go.” I już głośniej „Nie wytrzymam z nim ani chwili dłużej, on nie docenia mnie, zakazuje grać mi na harfie, prawie w ogóle na mnie nie patrzy, nie kocha mnie, nie pożąda mnie, czekałam na ciebie, chciałam się zabić, przyszedłeś. Zostań ze mną! kochaj mnie! kochaj mnie!” Alex obtarł łzy z jej policzka i powiedział, że nie będzie łatwo wykonać jej prośby. Usiedli oboje na łożu. Następnie powiedział jej, że mąż jest na ważnym spotkaniu i nie będzie jej nie będzie ich niepokoił, podobnież powiedział o służbie. Mieli cały dzień dla siebie. Rozmawiali długo ze sobą. Ona mówiła, że nie była szczęśliwa w swoim domu dopóki nie pojawił się on w jej pokoju. Mówiła, że nie czuje się szczęśliwa w nowym domu. Mówiła żeby on ją stamtąd zabrał i żeby razem uciekli. Alex postanowił zaaranżować romans męża z jedną ze służek o czym ona nic nie wiedziała. Gdy się go spytała, nad czym on tak rozmyśla, zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem i ponownie zaczęli rozpływać się w rozkosznej ekstazie. Po kilku godzinach nieziemskiej przyjemności Nimedriela postanowiła zagrać coś radosnego na harfie. Zagrała kilka znanych utworów i znowu zaczęli rozmawiać, o sytuacji na świecie, o literaturze, sztuce, kuchni, muzyce, nowościach i o filozofii. Dziewczyna okazała się być nie tylko nieziemsko piękna, ale też bardzo inteligentna i wykształcona. Gdy nadszedł wieczór, Alex postanowił się wykazać swoim kunsztem kucharskim i w kuchni w której z kucharza i będącej tam służby spił troszkę krwi, przygotował przepyszne galijskie Nounde d’Arima, danie które kilkaset lat temu stworzył jakiś galijski kucharz, a którego wampir się nauczył. Wziął jeszcze butelkę dobrego wina i poszedł do kobiety. Musiał się przełamać i spróbować normalnego jedzenia. Ciężko mu szło, ale fakt, że dla siebie wziął jeszcze flaszkę czystego alkoholu którą wypił przed wejściem do pokoju nieco zneutralizował ohydny dla niego smak jedzenia. Za to ona bardzo ochoczo spożywała kolejne kęsy potrawy. Po posiłku przeszli znowu do rozmowy. Zaczęli rozmawiać o historii, geografii i matematyce. Gdy dzień miał się już ku końcowi, Alex postanowił znowu dać dziewczynie to czego ona od niego pragnęła najbardziej. Kochali się długo. Mogliby jeszcze dłużej, ale jako, że Nimedriela była kobietą zmorzył ją sen. Alex ucałował ją w czoło, posprzątał cały pokój i zdjął urok ze służby i męża. Wszyscy najzwyczajniej w świecie przeszli do swoich obowiązków. Gdy mąż przyszedł o pokoju żony zastał ją śpiącą nago w łożu. Nawet jej nie dotknął. Dziwny człowiek. Alex zaczął planować piekielną intrygę przeciwko mężowi. Wszystkie przygotowania zajęły mu jakiś tydzień. Podczas gdy żona wracała do domu, mąż zdradzał ją ze służką. Gdy otworzyła drzwi sypialni ujrzał jak ona siedzi na nim. Wybiegła z płaczem z zamku i poskarżyła się ojcu, że mąż nie chciał się kochać z nią tylko z jedną ze sprzątaczek. Ojciec porządnie się zdenerwował. Wysłał do zamku sędziego i detektywa. Nie wszystko poszło zgodnie z planem Alexa. Mąż rzeczywiście musiał wyrzec się wyrzec żony co oznaczało, że była ona wolna, ale detektyw dostrzegł minimalny detal. Niewielkie blizny na szyi służki. Poinformował wszystkich, że w okolicy czai się wampir. Ojciec znowu się potężnie, tylko tym razem, wkurwił. Przypomniał sobie, że osoba którą zastał ze swoją córką w jej pokoju miała odznaczające się kły. Za Alexem od razu ruszyły listy gończe, a Nimedriela jeszcze bardziej zaczęła pożądać wampira. Alex postanowił, zaaranżować porwanie dziewczyny zostawiając przy tym masę śladów prowadzących do miejsca które sam wybrał. Jak postanowił tak uczynił. Porwał młodą kobietę z jej pokoju i umieścił ją w opuszczonym domku w lesie nieopodal N’Iuaszkaver, a ślady poprowadził do wsi godzinę drogi od miasta. Pościg ruszył właściwym tropem i przybył dokładnie w porę i dokładnie w miejsce które wybrał cwany wampir. Stanął na środku wsi w swoim zawadiackim kubraku i kapeluszu, rozłożył dłonie na boki i pochylił głowę, jakby z uniżeniem przyjmował gości do swojego domu. Ugrowie z pościgu szybko przygotowali kusze i osinowe kołki. Każdy z ich miał fiolkę z olejem lnianym który według alchemików działa osłabiająco na wampiry. „No czekam” powiedział z pogardą w głosie Alex. Łowcy nie kazali prosić się dwa razy. W stronę wampira poszybowało dwadzieścia bełtów. Żaden nie chybił. Alex padł na ziemię pokłuty metalowymi grotami. Członkowie pościgu podeszli do nieboszczyka i wbili mu kołek osinowy w serce. Żadnego z nich nie zdziwiło, że wampir stał w pełnym słońcu i nic mu się nie działo. Zadowolenie łowcy wampirów powrócili do miasta i dali raport detektywowi. Detektyw ostro ich ochrzanił za to, że nie mają jego głowy i postanowił wrócić po niego wraz z trzema innymi łowcami. Spodziewał się znaleźć kupkę popiołu, a okazało się, że miał ujrzeć co innego. Ujrzał trupa przebitego bełtami i kołkiem. „To nie ten idioci!” Jak mogliście się pomylić? Szybko bieżcie tego trupa i szukajcie dalej!” W momencie w którym dwaj łowcy podeszli do zwłok i chwycili je kolejno za ręce i za nogi stało się coś niebywałego. „Rzeczywiście jesteście idiotami” powiedział trup do Ugrów. Żaden z nich nie zrozumiał o co chodzi. „Jak tacy idioci mogą chodzić po ziemi?” powiedziały znowu zwłoki, ale tym razem jeden z nich zwrócił na to uwagę. „T-t-t-to żyje!” krzyknął. „Aleś ty bystry półgłówku” zaszydziły zwłoki. Oboje łowcy prawie jednocześnie puścili nieboszczyka. „To tak się traktuje zmarłych w waszym kraju?” kolejny raz odezwało się truchło. Po czym wstało. Widok ten zszokował detektywa. „A-ale jak?” spytał się. „Czy ty myślałeś, że masz do czynienia ze zwykłym słabym wampirem łowco? Dość mało wyedukowany jesteś jak na takiego bystrzyka” powiedział przed-chwilą-martwy Alex wyciągając przy tym kołek z serca. Przeklinał później, że nienawidzi jak ktoś mu niszczy ubranie. Będąc poprzebijanym bełtami zaczął mordować łowców zostawiając przy życiu jedynie detektywa. „Ciebie zostawię przy życiu byś mógł przekazać panu, że zaszczycił go swoją obecnością Alexandr Draculesti, brat Vladislava Draculesti i że jego córce będzie ze mną lepiej aniżeli z tym półgłówkiem którego wcześniej  zwykła zwać mężem” Po czym po prostu zniknął. Tak naprawdę to szybko pobiegł do domku w lesie. Spotkał tam zaniepokojoną Nimedirelę. Ona zaczęła mu mówić, że chce się stać wampirem tak jak on i żyć z nim do końca świata. On powiedział jej ze spokojem, że będzie wampirem kiedy to za dziewięć miesięcy wyda na świat jego dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz